Ukisiłem właśnie kapustę. Co roku kiszę kapustę i zawsze wychodzi mi bardzo dobra. Ale w tym roku wyszła ekstra, palce lizać – jeszcze nigdy w życiu nie zrobiłem takiej dobrej kapusty. Jedyne co w niej nie tak, to że jak się najem, lepiej, żeby nikt nie siadał koło mnie. Prawdę mówiąc sam ze sobą nie jestem w stanie wytrzymać. Do tej pory nie miałem takich rewelacji po kapuście i zacząłem się już myśleć, że może coś niedobrego dzieje się z moimi jelitami. Byłoby to o tyle zastanawiające, że przecież kiszona kapusta powinna służyć zdrowotności, prawda?

Wpadłem więc na pomysł, że zanim pójdę do lekarza, sprawdzę na kimś moją kapustkę, bo nie wiadomo, czy chodzi o mnie, czy o nią. Żeby nie narażać żadnego z przyjaciół, postanowiłem użyć w tym celu sąsiada. Nie od dzisiaj wiadomo na klatce, że to zawołany pieczeniarz i jak coś jest za darmo, nie trzeba go dwa razy prosić. Akurat napatoczył się na schodach, więc mówię do niego:

– Panie sąsiedzie, przyjdź pan do mnie, to pana czymś dobrym poczęstuję.

Widziałem tylko, jak mu się oczy zaświeciły, po czym nie zdążyłem jeszcze otworzyć drzwi, a już był. Spodziewał się pewnie dobrej wódeczki, bo kiedy mu podałem kiszoną kapustę, to na jego obliczu odmalował się taki żal, że sam się o mało nie wzruszyłem. Ale rzecz nabrała innych barw,  gdy zaczął się zajadać moją kapustą. Szybko odzyskał utraconą radość i dwa razy poprosił mnie o dokładkę. Myślę, że wcisnął w siebie grubo ponad kilogram, w porywach może do dwóch kilogramów kapusty.

„No to teraz zobaczymy” – pomyślałem z małoduszną satysfakcją, żegnając się z nim w progu mieszkania.

Dzisiaj spotykam go na klatce schodowej i oczywiście moje pierwsze pytanie brzmi:

– I jak tam kapustka, panie sąsiedzie? Smakowała?

– Nawet pan nie mów – machnął  ręką. – Żona mnie w nocy z łóżka wygoniła.

– Nie może być! – wyraziłem ubolewanie. – Przecież tak panu podchodziła…

– Smakować  smakowała – znowu wykonał gest cierpiętnika – ale co później było, panie, aż nie chce mi się mówić!

I żeby mi zademonstrować skutki wcinania kapustki bez opanowania, zaczął grzebać w jednej, następnie w drugiej kieszeni płaszcza. Wyciągnął z nich zapakowane w pudełeczka lekarstwa i podtykając mi pod nos, powiedział:

– O, zobacz pan. Tak się przestraszyłem, że mi coś z jelitami nie gra, że poszedłem do lekarza, żeby mi coś przypisał.

Chciałem mu to jakoś wynagrodzić i zaproponowałem darmowy bigos z mojej kapusty, ale nie chciał nawet o tym słyszeć. I na tym mniej więcej nasza rozmowa się skończyła.

A to, co dobrego z tego wynikło, polegało na tym, że dzięki sąsiadowi dowiedziałem się, iż z moimi jelitami wszystko w porządku. Z kapustką natomiast coś było nie tak. „Hmm… – pomyślałem sobie – skaranie boskie: zrobiłem najlepszą w życiu kapustkę, a nie mogę nią poczęstować nikogo z przyjaciół”. I co ja teraz pocznę z beczką pełną kapusty? Sam jej przecież nie wtrynię! Zresztą zjeść to może bym i zjadł, tylko w jaki sposób ze sobą wytrzymam, tego to już nie wiem…

Jeden komentarz

  1. Uwielbiam kapustę, tylko tym się żywię. Za każdym razem, znajomi próbują mi w mówić, że jestem w ciąży. A co ja na to poradzę, że wolę kwaśne od słodyczy?, a kiszoną kapustę byłabym zdolna zabić… 😆

    Katarzyna R.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.