Foto: Arun Sharma

Podobno w starożytnych Indiach niektórzy władcy utrzymywali na swoich dworach piękne dziewczęta, którym od dzieciństwa podawano niewielkie dawki trujących ziół, jadu węży i skorpionów. Nazywano je vish kanya – dziewice śmierci. Ich ciała stawały się odporne na toksyny. Lecz wystarczył dotyk dłoni, by siła życiowa ofiary słabła, pocałunek stawiał mężczyznę nad grobem, a ten, kto ośmielił się wziąć taką dziewicę w ramiona, zasypiał snem nieprzespanym. Trucizna przenikała przez skórę, zwalniała tętno, zagęszczała żółć i ścinała krew. Dziewcząt tych – o ile przetrwały zabójczą dla organizmu kurację – używano do eliminowania wrogów, których nie dało się zgładzić w żaden inny sposób.

Zdarzyło się, że vish kanya pokochała przypadkowego mężczyznę. Była jednak świadoma, że nie może mu ofiarować tego, co kobieta pragnie ofiarować swemu ukochanemu. Nie mogąc mu dać namiętnej miłości, musiała go unikać. Lecz im bardziej się od niego oddalała, tym bardziej go pożądała. To zazwyczaj tak działa. Z dnia na dzień wewnętrzny opór słabł, namiętność wzbierała i… którejś nocy ciała kochanków zespoliło zmysłowe uniesienie. Nad ranem jednak oboje czekała niespodzianka – jedno i drugie zastygło w ramionach śmierci. On był męskim odpowiednikiem vish kanya, mężczyzną do uśmiercania kobiet…

Historia ta wydarzyła się tylko w mojej wyobraźni. Ale nie bez powodu przelewam ją na papier. Wciąż zastanawia mnie, jak to się dzieje, że miłość, która stapia dwa serca w jedną duszę, kończy się zazwyczaj tak, jak moje opowiadanie? Nie mówię, że od razu. Nieraz mijają lata, zanim odkryjesz, że ten, którego do siebie przytulasz, jest dla ciebie martwy, a ty dla niego. Dlaczego? Co się wydarzyło?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie, jakkolwiek wszyscy dookoła twierdzą, że jest ono bardzo proste. Dwa dni temu rozmawiałem nawet z pewną panią, która objawiła mi, jacy to ci mężczyźni nie są naprawdę! Wymieniła przy okazji „wszystkie męskie felery, których – jak wiadomo – jest do cholery”. Pomyślałem sobie od razu vish kanya. Ona ma w sobie już tę truciznę. Co się stanie, gdy jakiś mężczyzna ją pokocha?

 

6 komentarzy

  1. Nie brak vish kanya wśród ludzi – celne spostrzeżenie. Wielu trawi jad.
    A na pytanie: „co się wydarzyło?” jakiś czas temu odpowiedział Boy-Żeleński – „…bo w tym cały jest ambaras…”
    Panie Zbyszku, myślę, że „miłość, która stapia dwa serca w jedną duszę”, nie musi kończyć się jak Pana opowiadanie, ale to nie jest dar, który otrzymuje się raz na zawsze. Uczucie trzeba pielęgnować, dbać o nie, a czasem nawet walczyć.

    Even
  2. Nurtuje mnie jeszcze jedno pytanie retoryczne. Czy lepiej przejść przez życie z żywą, ale bezbarwną duszą, czy kroczyć choć przez chwilę z vish kanya, który dając niebo, dokona tym samym mordu na uszczęśliwionej tym momentem duszy….

    Czytelniczka
    1. Skoro to pytanie jest retoryczne, niech pozostanie otwarte. Może inni czytelnicy zechcą wziąć dział w tej dyskusji…
      A poza tym, szanowna pani Czytelniczko, pisarz jest od zadawania pytań, a nie od udzielania odpowiedzi.
      Gdybym znał odpowiedzi na pytania, które zadaję, już dawno byłbym prezydentem albo rozwiązałbym jakiś kryzys światowy.

      ZBYSZEKN
  3. Gdybym musiała umrzeć, bo ktoś tak zdecydował, to wolałabym umrzeć w ramionach mężczyzny vish kanya. Zamiast bólu i lęku, moim ostatnim doświadczeniem byłaby przyjemność wypływająca z dotyku, przytulenia, spojrzeń pełnych pragnienia i rozkosz….

    Czytelniczka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.