Nie wiem, dlaczego wszyscy, którzy widzieli mój samochód złośliwie utrzymują, że coś takiego nie ma prawa jeździć. Jak nie ma, jak ma! Mimo pomówień mój czteroślad turla się po Wrocławiu jak ta lala. Może nie jest tak podobny do innych samochodów, jak inne samochody do siebie nawzajem, ale ja też mało kogo przypominam, nie? Określam go czułym słowem „mimochód”, bo chodzi mimo odrażającej fali hejtu, jaka go niesłusznie spotyka. I co z tego, że przyśpieszenie ma nie wiele większe niż walec drogowy? W czym mi to przeszkadza? Gdzie mi się śpieszy? A że inni kierowcy trąbią na mnie po drogach? Jak sobie chcą, niech trąbią. Jak ktoś jest trąbą, to będzie trąbił, i już!

Ale za to jakie historie przytrafiają mi się mimochodem! Tego pozazdrościłby mi niejeden kolega literat. Nic, tylko siadać i książki pisać. Ot, choćby niedawno… znajomy poprosił mnie, żeby go odebrać ze szpitala. No to pojechałem po chłopa. Od razu zauważyłem, że jemu też nie zaimponował mój mimochód. Wahał się nawet czy wsiąść do niego. Dopiero gdy się upewnił, że nikt ze znajomych nie będzie go widział, wślizgnął się dyskretnie do auta. I tak zaczęła się nasza mozolna i długa podróż z ulicy Borowskiej we Wrocławiu, na ulicę Szewską w tymże samym mieście. Gdzieś w połowie drogi zauważyłem, że korci go, aby mi coś powiedzieć. Ważył słowo na języku, ważył i ważył, aż wreszcie się odważył. Z wrodzonym sobie taktem, wyraził następującej treści opinię na temat mego mimochodu:

– Mam wrażenie, jakbym jechał swoim samochodem sprzed dwudziestu pięciu lat – i po tych słowach zachichotał jak pawian na myśl o emeryturze w polskim ogrodzie zoologicznym.

Nie żebym był przewrażliwiony – nie, ale jakoś mnie to ubodło. Nie dosyć, że wyświadczałem mu gratisową przysługę, to on jeszcze krytykował mimochód, który – bądź co bądź – wiózł jego tyłek!

– Wiesz co? – odparłem. – Współczuje ci.

– Mi, a czego? – zapytał. – Przecież to ty jeździsz takim złomem, a nie ja.

– Współczuję ci tego – odparłem – że ty już dwadzieścia pięć lat temu musiałeś jeździć takim złomem.

Trzeba było zobaczyć jego minę. Wywinął gały do góry i zamknął się na dobre. Do samego domu nie wygłaszał mi tych swoich aforyzmów na temat mimochodu. Dodam może, że jakieś trzy godziny wcześniej, gdy wybierałem się po niego do szpitala, miałem chętkę zaprosić go do siebie na ciepłą grochówkę. Żal mi było chłopa, że wraca do pustego i zimnego mieszkania. Ale po tym, jak się wyraził na temat mego pojazdu, moja gościnność także nabrała innego wyrazu. Powiem nawet więcej! Poczułem nieodpartą potrzebę, żeby go jeszcze dodatkowo pogrążyć i osobiście wtryniłem jego porcje grochówki! A przy tym wcale nie było mi go szkoda. Jeśli było mi czegoś szkoda, to tylko tego, że on nic nie wie o tym, iż zżeram jego grochówkę. Wtedy dopiero by cierpiał za swoją niewyparzoną gębę!

4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.