O tym, że na przestrzeni wieków pisanie książek było ryzykownym przedsięwzięciem, nie trzeba chyba nikogo przekonywać – zwłaszcza gdy pisarz upierał się przy wyjątkowo idiotycznym przyzwyczajeniu, mianowicie chciał pisać prawdę. Łaska królewska pospołu z mieczem katowskim nie raz, nie dwa uwalniały kark tego czy owego literata od ciężaru zbyt tęgiej głowy. Historie tego rodzaju zdarzały się, jak Europa długa i szeroka. Ale nie o tym chciałem napisać. Oddam dziś hołd tym nieszczęśnikom, którzy mieli trochę więcej szczęścia i gniew pański skrupił im się na głowach jedynie w ten sposób, że siłą przymuszono ich, by posmakowali tego, co nabazgrali.

I tak w 1643 roku krążył po Europie Północnej druczek – dziś powiedzielibyśmy –  dysydencki, którego autor nie zgadzał się ze sposobem, w jaki król szwedzki rządził Danią. Twórcę dzieła wyśledzono i aresztowano, po czym odbył się proces, w wyniku którego pisarzowi dano łaskawie do wyboru: albo położy głowę na pieńku, albo zje swój paszkwil. Po głębszym namyśle twórca doszedł do wniosku, że kwasy, jakimi okrasił swoją manifestację, są dla zdrowia mimo wszystko mniej szkodliwe niż ostrze topora, wobec czego zdecydował się na organoleptyczną degustację treści własnego pisma.

Wykonanie wyroku odbyło się w sposób publiczny i sędziowie okazali podsądnemu doprawdy wiele łaskawości. Nie musiał bowiem połykać własnej książki kartka po kartce niczym zając sałatę na zagonie, lecz pozwolono mu z niej ugotować zupę. Warzywa i przyprawy z pewnością złagodziły gorzki smak ironii, jakim nadział swoje dzieło. Nazajutrz więc nie paliła go zgaga i nie zbierało mu się na torsje, gdy wspominał swoje dzieło, co jeszcze dziś niejednemu autorowi się przytrafia. A jeśli już nie autorowi, to na pewno czytelnikowi.

Aż tyle szczęścia, niestety, nie miał Andreas Oldenburger. Szczere umiłowanie prawdy skłoniło go do przedstawienia bez osłonek przygód miłosnych pewnego księcia niemieckiego. Same przygody nie wzbudziłyby może tyle emocji, gdyby pisarz przy okazji nie wymienił nazwisk cnych mężatek, których sława pobożności cieszyła się taką nieskazitelnością, że sami aniołowie w niebie nie czuli się przy nich wystarczająco święci. Z bezimienności pisarza zdarto więc osłonki i postawiono przed sądem. Zgodnie z wyrokiem autor musiał zjeść inkryminowane kartki, a do tego jeszcze w trakcie posiłku miał być biczowany przez kata. Im szybciej wtrynił, co wysmarował, tym mniej oberwał. Musiała zatem to być najszybciej skonsumowana książka na świecie.

I dzisiaj ktoś mówi, że pisarz to lekki i przyjemny zawód. Oj, nie wiesz człowieku, co gadasz…

 

 

2 komentarze

  1. Dobrze, że zjedzone książki nie odbijają się zjedzoną treścią. Jakby tak Steven King miałby zjeść swój horror, koszmarki żyły by obok niego.
    Nie zgadzam się z twierdzeniem,że pisarz to lekki i nieprzyjemny zawód. Zadowolenie czytelnika z przeczytanej książki, przebija ciężką pracę nad nią. 😁

    Katarzyna R.
    1. Zaleta bycia pisarzem polega na tym, że nie trzeba chodzić do pracy, gdy pada deszcz albo na dworze jest zimno. Jest też jeszcze parę innych plusów na plus lenistwa. Ale kiedy trzeba ugotować zupę z własnej książki i trzeba ją wtrynić, to już się robi mało zabawne. Nie wiem nawet, jak to nazwać, bo nie jest to ludożerstwo, to jest chyba własno-myślo-żerstwo! Fuj! Paskudne! Rozumiem, gdyby pisarza skazano na to, żeby zawijał w kartki swojej książki tłuste wędzone śledzie, to jeszcze! Ale żeby ją zeżreć?!

      Chociaż słyszałem też o wyroku, który nakazywał pisarzowi zlizywać farbę drukarską ze swojej książki. Miał wylizać do białej kartki to, co napisał. I kiedy pisarzowi się język przetarł w kilku miejscach, podobno pożar książkę w całości. Wow! Nie będę więcej pisał o takich przypadkach, bo przestanę pisać ze strachu!

      ZBYSZEKN

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.