Szukałem dzisiaj kompotu w mojej podręcznej spiżarni i trafiłem na ten słoik. Pomyślałem sobie: „Co to może być? Ani to czereśnie, ani śliwki… Pewnie taki stary, że owoce przeszły w stan ciekły”. Miałem zamiar wyrzucić go do kubła, ale coś mnie tknęło, żeby otworzyć i chociaż powąchać. Ledwie to uczyniłem i… rany boskie! Zapachniało poezją! Spojrzałem na wieczko i poznałem pismo mego brata. Siedzę teraz przy lampce wina Darka roboty, w kolorze gryczanego miodu, i wspominam pół wieku, które spędziliśmy wspólnie.
Akurat na myśl lezie mi zdarzenie z czasów, gdy obaj byliśmy podrostkami. Wybrałem się wtedy na ryby z naszym kolegą, Adasiem Frydrychem, na leśne łowisko zwane „Zerówką”. Pamiętam, że wyciągnęliśmy tam z wody sporej wielkości jazia. Miał ze dwa kilogramy albo i więcej. W drodze powrotnej przechodziliśmy obok jeziorka, na którym swój wędkarski potencjał testował mój brat. Akwen porośnięty był dookoła wysokimi krzakami, więc Darek nie widział, jak maszerowaliśmy z drugiej strony wody. W tym czasie chyba zgłodniał, bo zostawił wędki i poszedł do domu, do którego miał nie więcej niż pięćset metrów.
Postanowiliśmy zrobić mu kawał. Obeszliśmy wodę dookoła i wyciągnęliśmy jego wędkę, żeby uczepić do żyłki zdechłego jazia. Próbując go umocować na haczyku, Adaś wydłubał mu jedno, a potem drugie oko, ale nie chciał się trzymać. W końcu wbił mu hak w ogon. Ale że zdechła ryba nie chciała iść na dno, dodatkowo uczepiliśmy do żyłki kawał cegły. Następnie wróciliśmy, by ukryć się po przeciwnej stronie – w miejscu, z którego dobrze można było obserwować dalszy ciąg wydarzeń. Niebawem Darek pojawił się z bochenkiem chleba i kostką masła. Nie od razu zauważył, że na wodzie nie ma spławika. Był głodny. Najpierw posilił się jedną kromeczką, a potem drugą.
Wtedy dopiero spostrzegł, iż żyłka jest naciągnięta. Zerwał się na nogi, chwycił za wędkę i zaciął. Cegła jednak była tak wielka, że leszczynowy kij pękł pod wpływem emocjonalnego szarpnięcia. „O, to dopiero musi być sztuka” – pomyślał zapewne Darek i zawołał na wędkarza, który łowił kilka stanowisk dalej:
– Panie Wojtasik, panie Wojtasik! Podbierak!

Po chwili na miejsce przybiegł pan Wojtasik z podbierakiem do wyciągania ryb. Zobaczył połamaną wędkę i jednym susem wskoczył do wody. Wpakował się do mułu po pachy i jął szorować podbierakiem po dnie. Gdybym był ludowym poetą, powiedziałbym tak: „Trochę to potrwało, ale wreszcie się udało”. Pan Wojtasik wyłowił cegłę i zdechłego jazia z hakiem w ogonie. Ile Darek musiał się nasłuchać jobów, o tym nie będę się rozpisywał, bo nie mam tak kwiecistego słownictwa. Przypuszczam, że Wojtasik po prostu pomyślał, iż Darek chciał go w trąbę zrobić. Natomiast ja i Adaś mieliśmy ubaw, jak rzadko. Aż mięśnie twarzy rozbolały nas od śmiechu.
Gdy już wyśmialiśmy się do woli, znów obeszliśmy jeziorko dookoła, by zatrzymać się przed stanowiskiem wędkarskim Darka.
– Złowiłeś coś? – spytałem z całą powagą, na jaką było mnie stać.
Darek spojrzał na nas z politowaniem i wyższością, po czym odrzekł:
– Nie chodzę nad wodę, żeby moczyć kije, tylko żeby łowić ryby.
Następnie wyciągnął nam siatkę i dumnie pokazał dwukilowego jazia.
– A czemu on nie ma oczu? – zapytał Adaś, wprawiając Darka w zakłopotanie.
Zanim mój brat cokolwiek odparł, wyjaśniłem w jego imieniu:
– Darek ma takie zacięcie, że rybom oczy wyskakują z oczodołów!
– Albo tylko ślepe ryby mu się trafiają – dołożył swoje pięć groszy Adaś.
W tym momencie obaj uderzyliśmy w śmiech. Wtedy Darek zorientował się, że to nasza sprawka i drugą wędkę połamał na naszych grzbietach, goniąc za nami aż do samego domu!
Możliwość komentowania została wyłączona.