
Popsuła mi się pralka — zwyczajnie, padła. Wezwałem mechanika, a ten orzekł, że naprawa będzie kosztować tyle, co dwie trzecie nowej. Akurat nie było mnie stać ani na naprawę starej, ani na kupno nowej. Wtedy przypomniałem sobie, że na wsi pod Wrocławiem, w domu po moich dziadkach, stoi maleńka praleczka. Nieużywana już od nie wiadomo kiedy, ale ciągle to pralka. Po co mi nowoczesny kombajn, skoro prowadzę tzw. jednoosobowe gospodarstwo domowe? Takie maleństwo wystarczy mi w zupełności.
Tylko jak ją przytargać do Wrocławia? A od czego ma się przyjaciół — przecież nie od parady! Poprosiłem o pomoc Henia – starego kumpla od prób gitarowych, dziś już poważanego muzyka, ale wciąż człowieka-duszę. Zgodził się bez mrugnięcia okiem.
Pojechaliśmy jego wypasionym minivanem na wieś, trzydzieści kilometrów za miasto. Gdy Heniu zobaczył „niepozorną praleczkę”, zrobił minę człowieka, któremu właśnie ktoś popsuł sobotę. Z tonu jego głosu wynikało, że dał się w to wkręcić zupełnie niepotrzebnie.
– Nie wiem, po co mnie tu ciągnąłeś. Sam byś sobie z tym poradził.
Żeby to unaocznić, objął pralkę obiema rękami, sprężył się… i spróbował ją podnieść. Lecz mimo że z wysiłku poczerwieniał, żyły nabrzmiały mu na szyi, pralka ani drgnęła – jakby przyspawano ją do podłogi. Spojrzał na mnie podejrzliwie i dla pewności otworzył bęben, czy przypadkiem nie nawaliłem tam ołowiu. Pralka była pusta. Jakby sam sobie niedowierzając, spróbował jeszcze raz – z tym samym skutkiem.
– Wiesz co? – zawiesił głos. – To rosyjska pralka. Oni specjalnie robili takie ciężkie, żeby nikt nie rąbnął.
Nie było wyjścia — musieliśmy brać się za nią we dwóch. Znoszenie z pierwszego piętra na parter zajęło nam dobre pół godziny i przemoczyło koszule do nitki. Ale jakoś udało się zapakować pralkę do auta. Gorzej z wniesieniem jej na czwarte piętro starej kamienicy we Wrocławiu. Heniu rozłożył dłonie i, poważnie patrząc mi w oczy, powiedział:
– Jestem muzykiem. Nie mogę ci pomóc ze względu na palce. Musisz znaleźć sobie kogoś, bo ja nie dam rady.
Cóż, musiałem się za kimś rozejrzeć. Zwerbowałem faceta, który iście z naukowym zacięciem grzebał w śmietniku. Pokusa szybkiego zarobku zadziałała natychmiast. Scena była jak z filmu: Heniu – właściciel auta wartego sto tysięcy – pilnował plastikowych toreb bezdomnego, a ja szarpałem się z nim przy pralce. Próbowaliśmy ją podnieść. Po twarzy mężczyzny przeszedł skurcz, na czole pojawił się pot i pralka z hukiem runęła na podłogę. Dobrze, że żadnemu z nas nie zmiażdżyła stóp.
Musiałem poszukać kogoś innego. Na pobliskim skwerze siedział młody, rosły osiłek, popijający piwo z butelki w reklamówce. Wyglądał na silnego, więc zaproponowałem mu 20 złotych za pomoc w dźwiganiu na czwarte piętro. Przyjął propozycję z entuzjazmem, a na widok „uroczego maleństwa” rzucił:
– Jak pan da 30 złotych, to sam wniosę.
– Jeśli dasz radę, zapłacę ci 50 – podbiłem stawkę.
Wyraźnie się ucieszył. Zdjął sweter, kazał mi go potrzymać, po czym objął pralkę i spróbował poderwać do góry. W tym momencie usłyszałem dźwięk przypominający rozdzieranie materiału – tylko że to nie były portki, a coś bardziej osobistego. Żeby go nie zniechęcić, udałem, że nic nie słyszałem, choć smród był taki, że o mało nie padłem.
Koniec końców musieliśmy dźwigać wspólnie – schodek po schodku, półpiętro po półpiętrze, z długimi przystankami na złapanie oddechu. Po jakiejś godzinie udało się wtargać pralkę na czwarte piętro. Byłem szczęśliwy, że po tylu trudach mam wreszcie w domu pralkę. Szybko załadowałem pranie, nastawiłem program i… nic. Pralka ani drgnęła.
Nazajutrz przyjechał mechanik. Oglądał, dumał, cmokał, aż orzekł, że jedyne miejsce dla tego sprzętu to najbliższy skup złomu. Ale jak ją tam zawieźć, tego już mi nie powiedział. Otworzyłem okno i spojrzałem na dół. Nie, nie – pomyślałem – zbyt wielu ludzi kręci się po ulicy.
Uzbroiłem się więc w zestaw kluczy i śrubokrętów i przez kilka dni próbowałem rozkręcić to żelastwo na części. Ale wierzcie mi, panowie — choć pralka jest rodzaju żeńskiego, nie tak łatwo ją rozebrać. Nie, nie… Jeśli rosyjskie kobiety są tak samo zbudowane jak ich pralki, to ja dziękuję za taką przyjemność. Wolałbym prać ręcznie!
W końcu wymyśliłem, jak pozbyć się tej cholernej pralki – sprytnie i raz na zawsze. Ale tego wam nie zdradzę – przynajmniej nie za darmo. Z czegoś przecież trzeba żyć, prawda?
Możliwość komentowania została wyłączona.