Żeby się nikt nie poczuł dotknięty, zamieszczam własne zdjęcia z miejsc, gdzie miałem spotkania autorskie. Foto: Kamila Żółkiewicz

Przyznaję, nie lubię chodzić na spotkania autorskie – zwłaszcza jeżeli nie znam pisarza. Pewnie myślicie, że przemawia przeze mnie jadowita zawiść. Bynajmniej! To prawda, spora część  tak zwanych mistrzów słowa ma o sobie wyobrażenie, że świat nie był godzien chwili, w której łaskawie zaszczycili go swoją obecnością. Ale to nie jest główny powód mojej niechęci. Chodzi o coś innego. O co? Jakiś czas temu byłem spotkaniu, które trwało grubo ponad dwie godziny i zmusiło mnie to do paru głębszych… refleksji.  Bolesnych, niestety…

Grzechem głównym wielu spotkań autorskich jest to, co dla człowieka cierpiącego na kłopoty ze spaniem byłoby istnym błogosławieństwem – ziejąca nudą senność.

Stymulatory to naprawdę dobra rzecz! Taki, dajmy na to, taniec autora z książką na głowie. Sam bym poszedł popatrzeć 🙂

Przesadzam? Warto byłoby czasem przyjść na spotkanie autorskie, usiąść z boku i przyjrzeć się, po jakim czasie niektórzy słuchacze „odpływają”. Oczy zachodzą im mgiełką, opadają powieki, głowa ciąży na karku, a w końcu zwisa oparta brodą na klatce piersiowej. Niektórzy jeszcze werbalnie sygnalizują, co myślą o twórczości autora. Jeżeli autor nie używa dodatkowych stymulatorów w postaci przeźroczy, rekwizytów lub muzyki, jego audytorium szybciutko traci kontakt z wiekopomną twórczością artysty. Ty sobie gadaj, a my baj-baj!

Sytuacja się pogarsza, gdy mistrz jest sakramenckim gadułą. Jak już zacznie, to już się zacznie! Chciałbym opowiedzieć  historię, która wydarzyła się na spotkaniu, o którym wspominałem, gdyż jest ona charakterystyczna dla spotkań autorskich. Bohater wieczoru najpierw przeczytał niemal cały tomik swojej poezji (najnowszy), po czym uszczęśliwił obecnych następującym oświadczeniem:  „Skoro państwu się tak podoba, to może przeczytam jeszcze jeden wierszyk z innego tomiku”. Następnie otworzył drugi zbiorek wierszy i rozpoczął swoje nabożeństwo.

Jeden… drugi… trzeci… piąty wierszyk  czytany na przydechu i końca nie widać. Sytuacja robi się napięta, bo na stoliku cierpliwie czeka jeszcze pięć albo sześć innych niepowtarzalnych wykwitów twórczości autora. Obecni drżą o to, żeby artyście nie przyszło do głowy prezentować cały swój dorobek. Na szczęście poeta też człowiek, zaschło mu w gardle, musi się napić wody. Ma więc okazję omieść wzrokiem publikę i odkryć, że ci, którzy nie zdążyli jeszcze zasnąć, wcale nie wyglądają na zachwyconych, przeciwnie – wiercą się, jakby mieli robaki. Próbuje więc opanować sytuację. „Jeszcze tylko przedostatni – mówi – i kończę…”. I czyta kolejne trzy wiersze, by po nich ucieszyć audytorium oświadczeniem: „A teraz już naprawdę ostatni, przyrzekam…”. Ale, jak się należy spodziewać, u poety pojęcie ostatniego ma charakter przenośni literackiej, a na pewno już nie występuje w liczbie pojedynczej. Tak więc dopiero po półtoragodzinnym maratonie wyczerpany, bliski omdlenia artysta osuwa się na fotel i ostatkiem sił zwraca się do publiczności: „Czy ktoś ma jakieś pytania?”

Przeczytam wam jeszcze jedną książeczkę, proooszę… Zostańcie z godzinkę. Głosu mojego brzmienie, wprawia mnie w samouwielbienie.

Wtedy z głębi sali rękę unosi dziewczynka, która siedzi w środkowym rzędzie z matką. „Kiedy pan skończy? – pyta. – Bo mnie się nudzi i chciałabym do domu, a mama nie chce puścić mnie samej”. „I słusznie – odpowiada wzburzony brakiem doceniania artysta – dzieci nie powinny łazić same po nocach”. Następnie zachęca pozostałych: „Kto jeszcze?”. To pytanie zawiera w sobie jakąś ukrytą groźbę, jakby chciał powiedzieć: „Pytać, bo zacznę czytać!”. Obecni znowuż nerwowo popatrują na stos książek ustawionych na stoliku przed autorem. Na szczęście w pierwszym rzędzie jakaś zasuszona staruszka macha zszytą na bindownicy broszurą, wołając: „Ja! Ja! Ja!”.

Okazuje się, że starsza pani napisała wiersz dedykowany naszemu autorowi. Zostaje więc uhonorowana szansą na zaprezentowanie swego dzieła publicznie, z podium. Dobrych pięć minut zajmują kobiecie laudacje na cześć bohatera wieczoru i kolejne tyleż opowiada o swojej zawiłej drodze artystycznej, którą zwieńczył tomik wierszy wydany zaledwie przed tygodniem w punkcie kserograficznym przez ukochaną córkę, jako prezent urodzinowy dla matki.

Po tym nieco przydługawym wstępie odczytuje wreszcie swoją rymowankę, z której prawie nic nie można zrozumieć, bo recytatorka ma jakiś problem z wymową. Ale na tym bynajmniej nie poprzestaje! Zachęcona powodzeniem, które sala wyraża jej  burzą oklasków, mówi: „To może jeszcze jeden”. I czyta kolejne wierszydło. Dopiero po trzecim kawałku poeta – bohater wieczoru – przypomina jej, że to jednak on jest główną atrakcją spotkania. Lecz kobiecina – obrócona do niego plecami – nic sobie z tego nie robi, czyta dalej.

Chyba ja tu jestem gwiazdą, prawda?

Wtedy poeta-bohater zaczyna głośno protestować, ale to również nie odnosi spodziewanego skutku. Samozwańcza gwiazda spotkania recytuje wiersz za wierszem, jakby nie słyszała protestów.  W tym momencie ktoś z sali woła: „Ona chyba jest głucha!” I rzeczywiście, seniorka nie reaguje, bo bardzo słabo słyszy. Schodzi z podium dopiero odprowadzana pod rączkę – wdzięczna Bogu, autorowi i słuchaczom, że ktoś wreszcie zechciał jej wysłuchać. Na jej obliczu maluje się wyraz błogiego zadowolenia, graniczącego z prawdziwym szczęściem. Nawet gdyby zaraz miała umrzeć, nie żałowałaby tej chwili!

A jeśli zobaczycie przed oczami latające książki, to ostatni dzwonek, żeby iść do domu.

Tymczasem, aby zatrzeć przykre wrażenie spowodowane grafomańskim przerywnikiem w artystycznym kontemplowaniu dzieła, autor postanawia odczytać jeszcze kilka swoich utworów. W ten sposób mamy już blisko dwie i pół godziny szaleństwa za sobą. Wreszcie ja nie wytrzymuję! Po pierwszym z odczytanych wierszy postanawiam wziąć sprawy w swoje ręce, dosłownie. Wstaję i zaczynam klaskać. Reszta z obecnych idzie za moim przykładem i głośnym biciem dłonią o dłoń wyraża, że mają już dość. Artysta wprawdzie podejmuje jeszcze jedną niezdarną próbę odczytania kolejnego wiersza, ale rozpętana przeze mnie nawałnica oklasków dusi w zarodku błysk jego chwały. W tej sytuacji zmuszony jest kończyć spotkanie. Zachęca już tylko do kupowania tomików. „Kupować, kupować – woła – po dwie, po trzy – dla siebie, dla bliskich, na prezent, na gwiazdkę!”. Nie ustawiam się w kolejce po tomik, bo po co? Większość dzieł artysty już słyszałem. Chcę jak najszybciej opuścić spotkanie. Kieruję się prosto do szatni, za plecami słysząc jeszcze pokrzykiwania autora: „Tylko dwadzieścia złotych! Zamiast wódki, zamiast papierosów kupować poezję! Kupować poezję!”.

W szatni spotykam matkę z dziewczynką – tą samą, która miała odwagę (jak to dziecko) przyznać się, że nudzi się, jak mops . Kobieta stoi zwrócona do mnie plecami i rozmawia z kimś przez telefon. „Myślałam, że skonam” – mówi do słuchawki i w tym samym momencie obraca się w moją stronę. Świadomość, że słyszałem jej słowa wywołuje na  jej twarzy lekki rumieniec, jest wyraźnie zmieszana. Pewnie myśli sobie: o cholera, najpierw córka, teraz ja! „Proszę się nie przejmować – pocieszam ją – ja też myślałem, że skonam”. I ten ostatni akcent może posłużyć za pierwszorzędną puentę związaną z doświadczaniem sztuki na spotkaniach autorskich. Powodzenia!

6 komentarzy

  1. Panie Zbyszku, ale Pan złośliwy! Niestety, ukazał Pan samą prawdę, bo niektórzy autorzy nie potrafią zrozumieć, że słuchacz jest w stanie koncentrować się najwyżej przez 40 minut. Potem śpi, albo usiłuje nie skonać.
    Pozdrawiam serdecznie. Wiesława Karczewska-Grabias

    Wiesława
    1. Ten tekst pierwotnie ukazał się na pisarzach.pl. I tam było wspomniane, że nie bez przyczyny lekcja szkolna trwa nie dłużnej niż 45 minut. Młode umysły nie potrafią dłużej skupić uwagi, a cóż dopiero czytelnicy, wśród których największy odsetek to 40+. I ma Pani rację – nie dłużej niż 40minut. Lepiej żeby czytelnik miał uczucie niedosytu niż zmęczenia. Niestety, gwiazdy na niebie świecą, te ziemskie pragną oślepiać swoim nieskończenie wspaniałym blaskiem. I to jest ta różnica miedzy gwiazdami na ziemi a na niebie.
      Serdecznie Panią pozdrawiam i ciesze się, że Pani tu zagląda 🙂

      ZBYSZEKN
  2. Czytam Pana zawsze z ogromną przyjemnością. Humorystycznie potraktował Pan temat i z dystansem..Uśmiałam się. 😊Moim zdaniem niektóre spotkania autorskie lub publiczne czytania poezji np. rocznicowe przypominają mi kółka ale nie różańcowe lecz kółka Wzajemnej Adoracji. Skład zawsze ten sam. Ten sam zachwyt słuchaczy i samozachwyt autora lub czytającego. Czasem zastanawia mnie to i nurtuje pytanie ~ po co? Po co ludzie to organizują ale z drugiej strony dobrze, że to robią. Jest pretekst do wyjścia z domu, wypicia herbatki, pogryzanej ciasteczkiem. Jest kontakt z drugim człowiek, obcowanie z literaturą choć nie zawsze górnego lotu. A teraz pytanie do Pana ~ Czy Pan lubi swoje spotkania autorskie? Jaką publikę Pan lubi? Tylko tą, która zna Pana twórczość czy raczej nie? Byłoby mi miło usłyszeć odpowiedź. Z pozdrowieniem jak zawsze serdecznym…. ❤️

    Zofia
    1. Jestem zawsze pod wrażeniem gdy czytam Pani komentarze Pani Zofio. Zawsze, gdy pojawia się tekst Zbyszka, czekam na Pani refleksje – są niezmiennie serdeczne, pełne przemyśleń, uważności, skupienia na treści i na drugim człowieku. Miło mieć w życiu taką osobę, która docenia i jest pełna życzliwości, którą okazuje. To nic nie kosztuje a jest w stanie rozjaśnić dzień -nie tylko autora:) Od zawsze wzruszają mnie takie wyjątkowe ludzkie zachowania. Pozdrawiam Panią serdecznie:)
      Lidia

      Anonim
    2. Jeśli mam być szczery, to nie lubię klasycznych spotkań autorskich, chociaż uwielbiam moich czytelników. Ale gdy już jestem na spotkaniu, zapominam o swojej niechęci i na ogół wracam zadowolony. Wydaje mi się, że książka powinna mówić sama za siebie, ale rozumiem, że czytelnika interesuje także autor. Dlatego od czasu do czasu jeżdżę na spotkania autorskie. Wolę jednak spotkania typu „spontan” i dlatego wychodzę do czytelnika na ulicę. Dzisiaj to już zarzucona metoda, ale w XIX wieku w Paryżu pisarze, podobnie jak malarze, prezentowali swoje nowe dzieła na ulicy artystów. Takie nieoczekiwane spotkania mi się podobają, chociaż wymagają dużo więcej pokory niż spotkania w bibliotece, gdzie przyjeżdża pan pisarz albo pani pisanka 🙂 I taka jest moja ulubiona publika…

      ZBYSZEKN
      1. Dokładnie tak! To było nieoczekiwane spotkanie, ale bardzo sympatyczne:) za tydzień, w Świeradowie wspomnę je z uśmiechem:)
        A może ponownie trafimy na siebie?;)
        Pozdrawiam serdecznie

        even

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.