Franiu od maleńkości był bardzo nieśmiały. Krył się miedzy fałdami sukienki swojej mamy, nie puszczał ani na chwilę jej fartuszka. Gdy ktoś odwiedzał jego ojca – gospodarza wiejskiego – uciekał na strych albo do stodoły i dopóty stamtąd nie wyłaził, dopóki gość nie poszedł sobie do domu. Z wiekiem jego nieśmiałość zamiast maleć, jeszcze bardziej wzrastała. Wstydził się wszystkiego i wszystkich, choć nie było po temu żadnych powodów. I tak żyło mu się aż do 24 wiosny. Wtedy przytrafił się Franiowi nieszczęśliwy wypadek – zakochał się!

We wsi mieszkała śliczna dziewczyna imieniem Weronika. Ilekroć ją widział, tylekroć serce waliło mu jak młotem – z wielkiej miłości i wcale nie mniejszego strachu. Franiu nieraz marzył, żeby do niej zagadnąć, ale gdy na nią patrzył, język mu stawał kołkiem w gardle. Jedynie oczy mówiły, że polazłby za nią w ogień. Dziewczyna to oczywiście zauważała. On także się jej podobał. Był urodziwy i na wsi miał opinię grzecznego i uczynnego. Uśmiechała się do niego, żeby go zachęcić, lecz jako dobrze wychowanej pannie nie wypadało jej zaczynać rozmowy.

Franiu wiedział, że Weronika uczęszcza do chóru kościelnego i wieczorem sama wraca do domu. Razu pewnego postanowił wykorzystać tę okoliczność i osobiście odprowadzić ją do chaty. W tym celu zaczaił się pod drzewem przy drodze i gdy nadchodziła, zagadnął:

– Weronika.

– Czego chcesz ode mnie? – odparła zaskoczona.

Na te słowa twarz Frania zrobiła się buraczkowa ze wstydu. Znów zapomniał języka w gębie, nie wiedział, co powiedzieć. Dziewczyna zachęciła go:

– No mówże śmiało!

– Ja bym chciał… ja bym sobie życzył – jąkał się Franiu.

– Czego byś sobie życzył?! – przerwała mu bez pardonu.

Franiu znowu zrobił się purpurowy, ale walczył ze swoją słabością, jak umiał.

– Ja bym chciał… ja bym chciał… iść do domu… – wyksztusił wreszcie z siebie.

– A idźże sobie – odrzekła energicznie. – Czy ja ci w drogę wchodzę?!

– Ale ja bym chciał… ja bym chciał iść do domu… z tobą… – i gdy to wyrzekł, tak przestraszył się swoich słów, że nim dziewczyna zdążyła coś powiedzieć, Frania już nie było.

Pierwsza próba spaliła więc na panewce. Na drugą musiał czekać rok. Wtedy ojciec umarł i zostawił mu w spadku spore gospodarstwo. Franiu stał się zamożnym kawalerem. Pewnej soboty wystroił się jak do kościoła i udał się do Weroniki, by się oświadczyć. Gdy z daleka zauważył ją samą w ogrodzie, ze strachu aż się przeżegnał. Ale trudno, teraz albo nigdy. Zagaił jakoś rozmowę o pogodzie, potem o tym, co tam słychać w domu. Jak bracia, jak siostry, jak ciotka, jak matka, co u babci, co u dziadka itd. Wreszcie jednak krewni się skończyli i musiał przejść do rzeczy.

– Weronika – zaczął ze ściśniętym gardłem – przyszedłem…

– No widzę, że przyszedłeś – przerwała mu hoża dziewoja.

Franiu znowu się onieśmielił.

– Przyszedłem, żeby… żeby… żeby… – jąkał się jeszcze bardziej.

– Żeby co?… – usiłowała mu pomóc.

– Żeby… żeby… żeby… – Franiu zaciął się jak stara sieczkarnia.

Dziewczyna nie wytrzymała i krzyknęła:

– Ola Boga! Powiedz wprost, że przyszedłeś mnie zapytać, czy zostanę twoją żoną?!

– Tak! – Podchwycił uszczęśliwiony. – Zgodzisz się?

– No to chodźmy do rodziców – zaproponowała Weronika.

I stało się to, o czym Franiu przez lata marzył. Pół roku później poprowadził Weronikę do ołtarza. Odtąd trzymał się fartuszka swojej żonusi, jak kiedyś fartuszka swojej mamusi.

Taki to był ten Franiu…

Jeśli chcesz poznać jeszcze kilka takich historii, zapraszam Cię do lektury zbioru opowiadań “Przypadki małżeńskie”. Na samą myśl o tej książce będziesz miał ochotę sie śmiać!

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.