Nie bardzo wiedziałem, jak zakwalifikować to opowiadanie, bo nie pasowało ani do Przypadków małżeńskich, ani do Autobiografii idioty. Doszedłem więc do wniosku, że musze stworzyć nowy cykl opowiadań, które tymczasowo będę określał mianem „(Nie)przypadków damsko-męskich”. A jakie historie Wam opowiem, przekonacie się już po lekturze pierwszego z tych opowiadań.

Wydarzyło się to kilkanaście lat po pierwszej wojnie światowej. Pewien rolnik spieszył się, aby zebrać siano przed burzą. Pędził właśnie wozem, zaprzęgniętym w dwójkę koni, gdy nagle jego szkapy stanęły dęba. Drogę tarasował mu samochód zaparkowany w poprzek jezdni. W samochodzie nie było nikogusieńko. Na podłodze jednak walał się mały łaszek, zaczepiony o pedał hamulca. Benek – bo tak miał na imię chłopina – ostrożnie wyciągnął ciuszek, uniósł przed oczy i przyjrzał mu się uważnie. Było to jedwabne, różowe i bardzo ładnie wyglądało.

Pojęcia nie miał, co to może być, ale intuicja mu podpowiadała, że ma to coś wspólnego z damską garderobą. Było takie… rozkosznie malusieńkie! Im dłużej przypatrywał się temu cudeńku, tym większy obłęd pojawiał mu się w oczach. Trzymając łaszek w rękach, wlazł na furę i zawrócił w stronę domu. Zapomniał o zwożeniu siana. Majtki zawładnęły jego wyobraznią. Były ładne, miękkie w dotyku i ślicznie pachniały. Całą drogę o nich myślał, a im dłużej o nich myślał, tym większą odczuwał potrzebę, żeby zrobić z nimi coś niezwykłego. Nie wiedział jednak, co to mogłoby być.

Kiedy wreszcie dojechał do swojej zagrody, zauważył żonę sąsiada pracującą w ogródku. Starannie schował majtki do kieszeni i zbliżył się do pochylonej kobiety.

– A gdzie Franek? – zapytał o jej męża.

– Pojechał do wsi – odparła wypięta do niego tyłem, zbierając fasolę na kolację.

Benek obszedł ją dookoła, trzymając rękę w kieszeni, do której schował różowe majteczki. Pomyślał, że niebrzydka z niej kobieta. Całkiem do rzeczy, cholera. Przez chwilę na nią patrzył, ale ona nie zwracała na niego uwagi, robiła swoje. Wtedy chwycił ją za biodra i namiętnie przycisnął do siebie.

– Ratunku! – krzyknęła i dała nura do przodu. – Ratunku!

Ale Benek trzymał ją mocno i oboje wpadli w fasolę, wyrywając ją z korzeniami. Żona Franka darła się w niebogłosy i drapała gdzie popadło, ale on był zdecydowany trzymać ją z całej siły. Gdy tarzali się w mokrej ziemi pośród fasoli, Benkowi udało się wyciągnąć majtki z kieszeni. Wiedział, że kobiety na wsi niczego nie noszą pod sukienkami i zaciekle usiłował założyć  jej te majtki.  Udało mu się naciągnąć ciuszek na lewą nogę sąsiadki, ale walczyła zapamiętale. Rolując się dotarli do końca grządki, lecz nie udało mu się naciągnąć majtek na drugą nogę sąsiadki.

Zaskoczona jego zachowaniem kobieta, w pewnym momencie przestała mu się opierć. Zrozumiała, że sąsiad wcale nie chce jej zgwałcić. Zapytała go:

– Benek, co ty właściwie wyprawiasz?

Mężczyzna uwolnił jej nogi. Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Patrzył tylko na nią, ciężko dysząc. Wtedy usiadła, włożyła drugą nogę w majtki i wciągnęła je pod sukienkę.

Benek wstał, otrzepał się z błota i ruszył w stronę domu.

– Bardzo ładnie z twojej strony, że przyniosłeś mi te majtki – zawołała do niego, powodując, że na chwilę zatrzymał sie – ale dlaczego nie chciałeś, abym sama je sobie włożyła?

 

Nie wymyśliłem tej historii, wyczytałem ją gdzieś, kiedyś. Jeśli kogoś interesuje gdzie, proszę zapytać na maila, a odpowiem. Ale moim zdaniem w tym opowiadaniu jest coś dużo ciekawszego. Czy mielibyście ochotę o tym pogadać?…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.