Zdarzenia, na które patrzymy mają nieraz znacznie głębsze znaczenie niż tylko takie, jakie widzą oczy. Nie każdy jednak potrafi oglądać rzeczywistość w ten sposób. Nieraz potrzeba długich lat, by wykształcić w sobie ten szczególny, duchowy rodzaj skupienia uwagi. Niewątpliwie wiekowa Daisy, zarówno z racji lat, jak i nabytych doświadczeń, patrzyła na swoje życie z odpowiedniej perspektywy. Przesuwając w pamięci poszczególne fazy swojej przeszłości, księżna miała okazję oceniać je zupełnie inaczej niż wtedy, gdy była młoda, żadna wrażeń i beztroska.

Z takiego punktu widzenia opisywany jest w trzecim tomie książki „Daisy. Błękitna tożsamość”, bal maskowy na Zamku Książ, o którym w Pamiętnikach księżna wspomina pod datą 19 września 1896 roku. Mam nadzieję, że fragment literackiej wersji tego zdarzenia przypadnie Państwu do gustu i z przyjemnością sięgniecie po książkę.

(Polecam dwa pierwsze tomy: https://ravicz.pl/index.php)

 

Doskonale pamiętam ów dzień! Już od samego rana na ustach wszystkich: gości, domowników i służby krążyły dwa słowa – bal maskowy! Jego pomysł zrodził się z niczego, ot tak, zupełnie spontanicznie. Perspektywa zabawy gwałtownie jednak rozpaliła wyobraźnię obecnym na Zamku. Ktoś zaproponował nawet, żeby mężczyźni przebrali się za kobiety, a kobiety za mężczyzn – jak to czyniono na dworach dawnych carów rosyjskich. Ale nie dla wszystkich ów pomysł wydał się stosowny i ostatecznie upadł. Zamiast przebieranki zaczęła się wielka improwizacja strojów. Udawanie kogoś, kim się nie jest, nie od dziś uchodzi za jedną z najbardziej podniecających rozrywek. Anonimowość daje okazję, by posmakować wolności, ale tej królewskiej wolności – gdy nie trzeba ponosić odpowiedzialności za to, co się robi.

Ów szczegół w pewnym sensie czynił z maskarady alegoryczny obraz życia. W istocie była ona zabawą lub – jak kto woli – grą w to, co ludzie robią każdego dnia, w ukrywanie prawdy! Czyż nasze istnienie nie przypomina imponującego balu przebierańców? Każdy próbuje w nim odegrać jakąś rolę. Twarze to jedynie maski; ukrywają się pod nimi zupełnie inne oblicza – podobnie, jak pod warstwami aksamitów i koronek chowają się monstra, które, gdyby ktoś miał wgląd w ich dusze, wzdrygnąłby się z przerażeniem. Wytworny strój i białe rękawiczki jeszcze z nikogo nie uczyniły kogoś lepszego niż jest.

W tak zwanym „towarzystwie” dzielono ludzi na dobrze urodzonych i tych, którzy są pozbawieni manier. Twierdzono przy tym, że ci pierwsi nawet nie muszą ich nabywać, posiedli je z samego faktu odpowiedniego urodzenia, mieli je we krwi. Znajomość etykiety miała być rzekomo dowodem poświadczającym jakość człowieka. W istocie była tylko jedną z masek. Służyła czemuś dokładnie odwrotnemu – ukrywaniu, że danej osobie brakuje prawdziwych cnót. Grzeczne formułki salonowe wymyślono po to, by zamaskować prawdziwe oblicza tych, którzy etykietą usiłowali zastępować etykę, jedni przed drugimi udając takich, za jakich chcieliby uchodzić, lecz jakimi nigdy nie byli i pewnie nie będą.

Niejednokrotnie oficjalny wizerunek człowieka niewiele miał wspólnego z jego prawdziwą twarzą. Rola szacownego ojca rodziny lub kochającego męża, była nierzadko jedynie przybranym strojem tego czy owego rozpustnika, który utrzymywał liczne kochanki i wdawał się w coraz to nowsze miłostki. Pięknie zwane z francuska menages a trois, czyli „trójkąty małżeńskie”, nie należały do rzadkości wśród arystokratów. „Świat to zgraja oszustów” – mawiano pokątnie. „Gdyby każde dziecko przychodzące na świat umiało wymówić imię swego prawdziwego ojca” – słyszało się tu i ówdzie – „większość mężczyzn przeżyłaby wstrząs”.

     Nie, nie piszę tego, by się wybielać. Patrząc z perspektywy lat wiem, że byłam córą swojej epoki i klasy społecznej. Dla wygody ulegałam wszechobecnemu duchowi. Brałam udział w tej samej maskaradzie, co inni. Zakłamywanie rzeczywistości wydawało mi się czymś tak mało istotnym, jak błąd gramatyczny w mowie. Musiało upłynąć sporo lat, zanim zdałam sobie sprawę, że ten błąd jest błędem stylistycznym życia. Dziś patrzę na ludzi zupełnie inaczej – tak, jakbym oglądała pantomimę. Mniej słucham tego, co mówią, a więcej przypatruję się temu, co robią i wedle tego szacuję ich wartość”.

 

 

OD AUTORA:

 

 

7 komentarzy

  1. Panie Zbyszku, dzień dobry, nie wiem kto edytuje tą strone ale kiepsko to wyglada z technicznego punktu widzenia…text zaczynajacy sie od doskonale pamietam ow dzien na mobilnej platwormie zabiera 30% strony na środku strony…a zakladam że dzisiaj większość czytenikow używa telefony komórkowe…Przykre że Darek tak szybko poszedł spać…

    Anonim
  2. Maska często ukrywa nie tylko twarz ,ale także pewną część osobowości. Jest tajemnicą, pewnym niedopowiedzeniem, przenośnią, symbolem skrytości.Ukrywamy pod nią wiele historii, emocje, ból i nie pozwalamy im wyjść na zewnątrz. Choć często skrywa prawdę to wcale nie znaczy, że wszyscy jesteśmy obłudni lub fałszywi. Owszem, maska to również dwulicowość i jest pretekstem do ukrycia wyrzutów sumienia lub kłamstwa, ale tylko dla tych co czują się winni.
    Chociaż jest i jasniejsza strona medalu, nie musimy wiele mówić a smutek ukryty pod maską śmiechu, sprawia, że ludzie widzą nas inaczej.

    Katarzyna R.
    1. Ukrywanie smutku pod maską uśmiechu to dość częste zachowanie. Ale już od czasów Hipokratesa ludzie wiedzieli, że chowanie ognia pod korcem może się źle skończyć. Dziś wiadomo, że w najlepszym wypadku prowadzi do zaburzeń psychosomatycznych, jeśli nie ciężkiej choroby. Bycie prawdziwym to jedyny klucz do zadowolenia, o jakim słyszałem. Nie spotkałem nigdy osoby, która ukrywałaby swoje prawdziwe oblicze i była szczęśliwa. Pamiętasz morał z “Wdowiego romansu”?

      ZBYSZEKN
      1. No tak ,prawda zawsze wyjdzie na jaw. Nawet jak jest ukrywana w dobrych intencjach. Ale też napisałeś: ” Rzeczywistość tak bardzo upokarza nasze marzenia, że marzenia muszą być wielkie, aby przetrwać”. Czasem jednak zderzenie z rzeczywistością nie pozwala na zdobycie tego czego chcemy i dlatego półprawda ( absolutnie nie kłamstwo) i maskowanie się pozwala na to. Przykładem mogą być pseudonimy pod jakim piszą niektórzy pisarze.

        Katarzyna R.
  3. Panie Zbigniewie!

    Te posty to chleb dla mojego serca. Czytam pana z przyjemnością i niecierpliwie czekam na każde słowo mimo że czasem to, co pan pisze idzie w pięty.

    Ten post jest taki jakby pan pisał o mnie. Ale zrobił pan to ciepło, że nie czuje sie dotknieta chociaż zabolało.

    Dla mnie powieść o Daisy nie jest samą historia, to rozmyślania o człowieku o naturze kobiety. Przednie tomy czytałam kilka razy i niecierpliwie czekam na kolejny.

    Jeszcze raz dziękuję za kod dostępu do zakodowanych postów. 😍😍😍

    Lidia T.
    1. Zanim przeczytałem Pani komentarz, patrzyłem jak za oknem pada śnieg. Przypomniałem sobie wtedy, że Pani głos jest równie cichy i kojący dla uszu jak opadające płatki śniegu dla oczu. Przez chwilę wyobraziłem sobie nawet, że bezgłośnie porusza Pani ustami, a słyszę słowa w Pani myślach. Były równie życzliwe, jak Pani komentarz. Bardzo przyjemnie jest wiedzieć, że są osoby, dla których to, co piszę jest ważne. Za chwilę znów stanę przy oknie i będę przyglądał się opadającym płatkom śniegu. Taki już nastrój i taki dzień…

      ZBYSZEKN

Skomentuj Anonim Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.