Grafika: Janusz Kulawik

Moja korektorka, pani Barbara, nieraz mi mówi, że lektura „kartek z pamiętnika Daisy” sprawia jej najwięcej przyjemności w powieści Błękitna tożsamość. Muszę wyznać, że dla mnie one również są bardzo osobiste. Dylematy rozdartej wewnętrznie kobiety stanowią nie lada wyzwanie dla mężczyzny, który o niej pisze. Nieraz zdumiewają mnie okoliczności, jakie równolegle do pracy nad książką towarzyszą memu życiu. Czasem mam wrażenie, jakby ktoś z góry chciał, abym doświadczał emocji podobnych do tych, które stały się udziałem księżnej. Oczywiście to nie są identyczne historie, ale ich warstwy emocjonalne są tak zbliżone, że właściwie nie muszę sobie niczego wyobrażać, mam to w swoim życiu.

Sam nie wiem, czy „kartki z pamiętnika Daisy” to gra wyobraźni, czy coś o wiele bardziej osobistego. W takich momentach mocno identyfikuje się z bohaterką. Bywa, że czuję się zagubiony w tym co pisze i do końca nie wiem, czy napisałem to o sobie, czy o kimś innym.  Rozpoznaję to w ten sposób, że kiedy czytam dany fragment na nowo, coś ściska mnie w dołku. Za słowami widzę określone zdarzenia. I pewnie ci, którzy mnie znają wystarczająco blisko, mają podobne odczucia. Oczywiście rozumiem, że sprzyja to realizmowi, że prawdę można przenieść na papier tylko zaprzęgając do niej silne emocje; że powieść jest reportażem z serca autora, i wszystko to, co sobie wymyślam, aby oddzielić fikcję od rzeczywistości i nie zwariować. Tak, ja to rozumiem, ale… Cały czas jest to „ale”.

Wygląda na to, że książka „Daisy. Błękitna tożsamość” , którą – wyznam to szczerze – na początku traktowałem komercyjnie, staje się dla mnie bardziej osobistym wyznaniem niż „Grzech przemilczenia”. Nie potrafię wytłumaczyć, jak to się stało, ani wskazać momentu, kiedy to się stało. Tak jest i już! I jest to o tyle zdumiewające, że wielokrotnie myślałem o tym, żeby zarzucić pisanie kolejnych części powieści o Daisy. Raz, że książka historyczna jest o wiele bardziej wymagająca niż współczesna, dwa – że moja powieść ma wielu zajadłych wrogów, i to wśród tych, którzy teoretycznie przynajmniej powinni jej sprzyjać (przy jakiejś okazji szerzej o tym napiszę).

Mimo że stale powstrzymują mnie traumatyczne zdarzenia życiowe, choroba i najróżniejsze przeciwności, to jednak czuję jakiś wewnętrzny przymus, aby pisać, wciąż pisać i pisać. To jest niewiarygodne! A do tego wszystkiego stało się to tak osobiste, że nie umiem się zdystansować wobec tej powieści. Na razie w formie zajawki, a także ilustracji tego, o czym napisałem, zamieszczam „kartkę z pamiętnika Daisy”. Poczytajcie sobie, a ja biorę się do dalszej pracy nad książką!

 

Kartka z pamiętnika Daisy:

„Przez cały pobyt na Cejlonie serce wciąż umykało mi do Gordona. Był kolorem i oddechem każdej mojej myśli. Chciałam przytulić się do niego i powiedzieć, że mu ufam. Pieściłam w sobie nadzieję, że pewnego dnia tak się stanie, że obejmie mnie, weźmie w ramiona, przyciśnie do swoich ust, a ja poczuję na skórze dreszcz pod wpływem jego wilgotnych pocałunków. Brałam wówczas do ręki zdjęcie, które mi ofiarował przed wyjazdem, stawiałam je przed sobą i rozmawiałam z nim, jakby za pośrednictwem tej fotografii rzeczywiście mógł mnie słyszeć. Mówiłam mu o przepełniającej mnie tęsknocie. I o tym, że  jedną chwilę z nim  zamieniłabym na cały majątek Hochbergów. Że jest czymś najlepszym, co mogło mi się w życiu przytrafić. Gładziłam to zdjęcie i całowałam je po kryjomu, jak talizman, jak świętą relikwię. 

        Jeden z listów do niego napisałam na liściu palmy Talipot – tej samej, którą – według słów kapitana – używano na Cejlonie do pisania liścików miłosnych. Wydawało mi się to bardzo oryginalne i romantyczne. I wtedy właśnie coś mnie tknęło. Nie, nie wydarzyło się nic szczególnego, ale ogarnął mnie jakiś zdumiewająco silny niepokój. Pamiętam, że było to zaraz po tym, gdy pani Walker opowiedziała mi, że ta palma zakwita wyjątkowo pięknym kwiatem, ale zakwita tylko raz na całe życie, a potem usycha. Na tę jedną jedyną chwilę oddaje wszystko, co ma, by zgubić samą siebie. I pod wpływem tej opowieści coś ścisnęło moje serce. Odtąd już bezustannie nawiedzała mnie myśl, że dzieje się coś złego i że ten piękny kwiat, który zakwitł w moim sercu, uschnie niczym Talipot”.

Na marginesie tej strony pamiętnika, prostopadle do głównego tekstu, Daisy napisała w pionie, od dołu do góry: „Lepiej żebym nie pozwalała tym myślom, by drążyły moje serce, bo wydrążą w nim dziurę i stanie się jak ser. A wtedy zakradnie się mysz…”. Nie miała już miejsca, by zakończyć myśl. Słowo „mysz” było ostatnim, które zanotowała na tym wąskim skrawku papieru.

Ps.

To zdjęcie z miejsca, którym księżna bywała bardzo często – z Dworca Głównego we Wrocławiu. Zrobiono  je w dniu, w którym pisałem tę „kartkę z pamiętnika Daisy”. Dopiero na tej fotografii zauważyłem w swoich oczach smutną tęsknotę za czymś, co odeszło i już nie wróci. Gdy spoglądam na swoją twarz przeoraną głębokimi bruzdami i oplecioną pajęczyną zmarszczek, widzę, jak życie odmalowuje mi każdą z takich trudnych chwil na obliczu. Te uczucia przenoszą się potem na słowa, na kartki, na książki, aż w końcu na Was, moi drodzy przyjaciele i czytelnicy. Ale tak to już jest z pisactwem i czytactwem…

2 komentarze

  1. Jaka ulga, że jest też Pan człowiekiem nie tylko pisarzem. Traumatyczne przeżycia bardziej wpływają na jakość powieści(nie żebym była zadowolona z takiego obrotu sprawy u Pana). Czuję, że to będzie jeszcze lepsza część. Ja miałam te same odczucia czytając pierwszą o księżnej. Trzymam za Pan kciuki i wierzę, że wszystko się uda jak Pan zamierzał. I jeszcze jedno. Z okazji Dnia Książki życzę Panu Zbyszku nie jak najwięcej wydanych książek ale jak najlepszych. I za każdym razem, kiedy tylko mam okazję polecam każdą Pana książkę, bo wiem ile wysiłku i miłości Pan w nie wkłada.

    Katarzyna R.
    1. Pani Kasiu, jest Pani czytelniczką, która życzyłby sobie mieć każdy autor i sama w sobie jest Pani dla mnie nagrodą literacką 🙂 Bardzo żałuję, że mieszkamy w innych miastach, bo podejrzewam, że mielibyśmy już tysiące godzin przegadanych, tym bardziej że poznałem Panią osobiście i wiem, jaką czarującą jest Pani osobą. Bardzo dziękuję za życzenia i usilnie będę się starał je spełnić, żeby każda następna książka zaostrzała Pani apetyt na moją prozę. Zawsze z wielkim zainteresowaniem czekam na Pani mądre komentarze i gdy czasami długo nie piszę, to potem piszę głównie po to, żeby przeczytać o tym, co Pani napisze. Mimo wszystko mam nadzieję,że przy jakiejś okazji spotkamy się i pogawędzimy sobie o literaturze, życiu i leniwych pisarzach, którym ciężko jest sklecić książkę raz na dwa lata 🙂

      ZBYSZEKN

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.