
Gdy zbierałem materiały do powieści o Daisy, trafiłem na króciutką wzmiankę prasową w Kurierze Poznańskim. Zainteresowała mnie z powodu jednego zwrotu: „Zwłoki zabrano do śmiertelnicy lazaretu miejskiego”. Wtedy po raz pierwszy dowiedziałem się, że w 1907 roku kostnicę nazywano „śmiertelnicą”.
Dziś to słowo jest już martwe, ale na przełomie XIX i XX wieku funkcjonowało jako normalne, urzędowo-prasowe określenie miejsca przechowywania zwłok. Sprawdziłem w słowniku, czy istniało wówczas słowo „kostnica”. Istniało. Chłodny, pozbawiony emfazy język administracyjny — dokładnie taki, jakim posługiwała się prasa — wolał jednak słowo o rodowodzie kościelnym: „śmiertelnica”. „Kostnica” należała raczej do języka potocznego, czasem pojawiała się w pamiętnikach.
Na tym jednak nie koniec. Wzmianka prasowa brzmiała tak:
„We wtorek w południe wyszedł 64-letni szewc Piotrowski z pewnej dystylacji na Garbarach na ulicę i po kilku krokach padł bez duszy rażony paraliżem. Zwłoki zabrano do śmiertelnicy lazaretu miejskiego”.
Historia ukryta w tych zdaniach ma charakter niedopowiedzenia, które wynikało z kultury pracowników gazety. Wyobraźnia czytelnika jednak z łatwością uzupełniała szczegóły, których brakowało w tekście.
Garbary były wówczas dzielnicą rzemieślniczo-przemysłową: warsztaty, składy, browary i małe gorzelnie — czyli „miejsca destylacji”. Piotrowski był szewcem, więc raczej tam nie pracował. Co go tam przywiodło? Nie muszę chyba wyjaśniać. Miał 64 lata, całe życie spędził siedząc, brakowało mu ruchu i zapewne zmagał się z ciśnieniem. Napił się wódki, wyszedł na ulicę i „po kilku krokach padł bez duszy rażony paraliżem” — czyli dostał udaru albo wylewu.
Hm… Chyba jednak zaraz sam pójdę na spacer…