Wiem, że wielu z Państwa niecierpliwie wyczekuje ukazania się drugiego tomu książki „Daisy. Błękitna tożsamość”, a moje zdrowie wciąż pozostawia sporo do życzenia. Niestety, nie postawiłem jeszcze ostatniej kropki, ale już niewiele brakuje. Dlatego zdecydowałem się dzisiaj zamieścić fragment drugiego tomu. Chce, żebyście Państwo wiedzieli, że nie zapomniałem i naprawdę się staram. Mam nadzieję, że ten fragment podtrzyma Państwa apetyt na drugi tom…

 

14 listopada 1895 r. Londyn, Anglia

O balu tym, zorganizowanym przy okazji małego sezonu towarzyskiego, zamieszczą wzmianki angielskie gazety. The Times pokusi się nawet o to, by jego opis poprzedzić krótkim rysem historycznym walca. Daisy zachowa fragment tego opisu, nosząc go w pamiętniku jako zkladkę.

„Walc jest właściwie jedynym tańcem niemieckim znanym w Europie. Jego filozoficzna idea skupia się na miłości kochanków. A jego poezja zawiera w sobie myśl o tworzeniu koła, w którym zamyka się bliskość dwojga ludzi. W walcu mężczyzna obejmuje kibić kobiety, ona lewą rękę opiera na jego ramieniu. Dwie pozostałe ich dłonie splatają się ze sobą. Tak złączeni wirują wokół siebie, zataczając coraz to dalsze kręgi. Dziesiątki wyodrębnionych i zajętych tylko sobą par przypomina cały naród złożony z partnerów. Przenoszą się oni z miejsca na miejsce, lecz nigdy jedno z drugim się nie rozłącza – razem jest im dobrze choćby na końcu świata. On jest jej słońcem, ona jego satelitą. Obracają się w czarodziejskim kręgu miłości”.

Salę taneczną wypełniają odurzające tony muzyki, łącząc się w jeden akord z szelestem sukni i posuwistym krokiem tancerzy. Daisy w asyście Gordona płynie po sali niczym po oceanie. Oboje wirują pomiędzy mężczyznami we frakach i mundurach a damami w wytwornych toaletach. Upajająca woń perfum miesza się z zapachem żywych kwiatów, którymi udekorowana jest sala. Brylantowe spinki mankietów, diamentowe kolie na smukłych kobiecych szyjach, odbijają się iskrami w blasku rzęsistych świateł żyrandoli. Daisy przejmuje dreszcz. Czuje rozkoszne ciepło pod wpływem męskiego ramienia, które ciasno ją oplata.

Wiotka postać kobiety z kolei mile łechce zmysły Gordona. Dla niego taniec to nie tylko rozrywka, wyrażenie emocjonalnej ekspresji, to coś więcej… jedyna dozwolona forma bliskości dla ludzi, którzy nie mają do siebie prawa. Muzyka stwarza możliwość, by na oczach innych objąć zamężną kobietę i poczuć bliskość jej ciała. Gest, w którym ona kładzie rękę na ramieniu obcego mężczyzny, wykonując bez uszczerbku dla cnoty ruch możliwy tylko w przypadku miłosnego spojenia kochanków, ma dla niego przede wszystkim zmysłowe znaczenie – to test na pożądanie. I chociaż dobrze wie, że w walcu nie wolno trzymać partnerki zbyt blisko, nie potrafi oprzeć się pokusie.

Zwraca to uwagę usadowionej w dogodnym miejscu Patsy, która dyskretnie śledzi spod opuszczonych powiek, co dzieje się na parkiecie. Zmylić czujność jej argusowych oczu nie jest łatwo. Ich wzajemne rozmowy, długie spojrzenia, poufałe uśmiechy mówią jej więcej niż potrzebowałaby wiedzieć. Doskonale rozumie, o co toczy się gra i nie zamierza pozwolić, by zdarzyło się coś, co nie powinno się zdarzyć. Dostrzega różnicę miedzy tym, jaka Daisy jest w towarzystwie swego męża, a jaka w obecności Gordona. Przy Hansie bezbarwna, nijaka, a tu, na balu, w  obecności tego drugiego, dosłownie kwitnie. Wszystko w niej ożywa: oczy lśnią błękitem, cera jaśnieje, usta robią się pełne i soczyste.

Lecz osoba Daisy nie zaprząta li tylko matczynej uwagi. W tej samej mierze co Patsy, przygląda się jej wszystko widzącymi oczyma gospodyni balu. Obie damy siedzą na tej samej, aksamitem krytej miękkiej kanapce. W odpowiednim momencie ta ostatnia trąca dyskretnie swoją przyjaciółkę. Patsy chwyta leżący na podołku lorgnon ze srebrną rączką i unosi szkła w metalowej oprawce na wysokość nosa. Jej wzrok podąża za spojrzeniem obwieszonej biżuterią Francis.

– Nie do wiary! – gospodyni mówi zgorszonym głosem. – Ten taniec rzeczywiście działa jak ukąszenie tarantuli – i wskazując na poufałość, z jaką Gordon prowadzi Daisy, dodaje – Doprawdy ludzie popadają w jakieś szaleństwo. Kto to widział, żeby tak nieobyczajnie obejmować się w obecności innych?!

OD AUTORA:

Celowo zamieściłem tu fragment z filmu „Anna Karenina” z 1997 roku (z Sophie Marceau i Sean Beanem), bo pokazuje on, jak poprawnie tańczono walca w tamtych czasach, co w kontekście zamieszczonego fragmentu książki ma niebagatelne znaczenie.

2 komentarze

  1. Ano i ja czekam:)
    Dziękuję za ten piękny opis walca. Taniec ma w sobie coś z magii… zawsze urzeka, nie mniej niż filmik, który Szanowny Autor zamieścił – przepiękna muzyka Szostakowicza i świetna gra aktorów. I sądzę, że z pewnością zauważyłeś tę niepowtarzalną wymianę spojrzeń, która mnie zauroczyła – świetnie oddając emocje tancerzy w swoim tekście.
    Zdrowia życzę:)

    Elżbieta
  2. Podsyciłeś moją wyobraźnię ale skoro kończy się pisać drugi tom to myślę, że już niedługo ją całkowicie nasycę. Zdrowie najważniejsze. Mam nadzieję, że to zwykłe “coś” a nie serducho. Życzę szybkiego powrotu do zdrowia Zbyszku.
    Wierna czytelniczka wszystkiego co napiszesz😁

    Katarzyna R.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.