W sobotę musiałem wyjechać z miasta. Zgodnie z długo i krótkoterminowymi prognozami pogoda miała być jak drut. Upał dawał się we znaki więc zostawiłem okno w pokoju otwarte. Rzeczywiście, w sobotę i w niedzielę świeciło słońce. Ale w poniedziałek rano otrzymałem drogą SMS-ową alert  RCB o możliwych burzach z gradem. Nie czekając ani chwili, wsiadłem w samochód i ruszyłem do domu. Mniej więcej w połowie drogi spotkałem się z prawdziwą nawałnicą. Niebo zaprezentowało dziki spektakl natury. Prało żabami, szczurami, rurami, a potem wężami i jaszczurkami. Widoczność  w deszczu była prawie zerowa; jezdnię rozpoznawałem jedynie po tylnych światłach jadących przede mną samochodów.

Myśl o tym, co musi się dziać w moim mieszkaniu przerażała mnie, zwłaszcza że blok ustawiony jest pod takim kątem, iż deszcz leje się do środka jak z dachu bez rynien. Widziałem już zalane panele podłogowe, sprzęty elektroniczne, książki i instrumenty muzyczne – zniszczony cały dobytek. Ogarniała mnie wściekłość na samego siebie! W myślach obliczałem koszty swojej niefrasobliwości. W końcu dojechałem na miejsce. I co się stało? Siedzę przed oknem i patrzę jak wątłe kropelki deszczu spływają po szybach. Burza w akcie łaski ominęła część miasta, w której mieszkam.

A ja zastanawiam się właśnie nad tym, ile takich „nieodwracalnych i niszczycielskich” burz przetoczyło się przez moją wyobraźnię. Ileż to razy ‘dzisiejsze słońce chowałem pod jutrzejszymi chmurami’. I nie wiem, czy chociaż raz moje pesymistyczne wizje sprawdziły się choć w połowie. Ciekawi mnie, jak ktoś oceniłby to, co mi się przytrafiło z tym, co napisane jest o pesymiście w Księdze szyderców?

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.