W czasach Daisy koronki cieszyły się niesłabnącym zainteresowaniem wytwornych dam z towarzystwa. Dzielono je na dwa rodzaje: zwykłe i prawdziwe. Pierwsze produkowano w warsztatach tkackich, dzięki czemu nie były już takie drogie, jak dawniej. Niestety, produkcja maszynowa wpłynęła także na ich urodę, ujęła sporo z ich piękna. Drugi rodzaj koronek – prawdziwe – uchodziły za szczyt marzeń każdej szanującej się damy.

W swoich pamiętnikach (Taniec na wulkanie) Daisy wspomina o tego rodzaju koronkach, w kontekście popisywania się bogactwem, tak charakterystycznym współczesnym jej arystokratom. Napisała wówczas: „Można spodziewać się ujrzeć dobrze ubraną damę, w dobrych butach i sukni, ale ta dama nie musi podnosić spódnicy i mówić „spójrzcie na moje valencinnes” (koronki – przyp. tłum.).

Tłumacz w przypisie wyjaśnił, że chodzi tu o koronki.  Warto jednak wiedzieć, jakiego rodzaju koronki miała na myśli księżna. W przeszłości wzory do koronek valencinnes tworzyli najwięksi artyści Europu – tacy jak Leonardo da Vinci. Malarze szkoły holenderskiej na swoich portretach królów i wielkich tego świata z całą pieczołowitością odtwarzali przepyszne mankiety i kołnierze na tle czarnych aksamitów. Jakież musiały być te koronki, skoro najznamienitsze postacie pragnęły być w nich uwiecznione!

Pewne światło rzuca na to informacja, że nad jedną parą męskich mankietów z koronki valencinnes, robotnica musiała pracować po 15 godzin dziennie przez cały rok. Najpierw długo przygotowywała misterną siateczkę, a dopiero później zasuwała igłą deseń. Cena zależała od tego, jakich nitek użyto do stworzenia tego arcydzieła. Ale tak czy tak, w grę wchodziły astronomiczne sumy i naprawdę niewielu bogaczy stać było na taki wydatek. Mając tę świadomość, łatwiej chyba zrozumieć, co Daisy miała na myśli, pisząc o podnoszeniu spódnicy, żeby pokazać swoje valencinnes.

W pamiętnikach Daisy wspomina jeszcze o innym gatunku tego luksusowego materiału,  o „woalce z koronki brukselskiej, którą babcia Oliwia miała w dniu zamążpójścia i którą również ja i Shelagh miałyśmy w dniach naszych ślubów”. Ten rodzaj koronki popularnie nazywany wówczas „blondyną”, był nieco tańszy niż valencinnes.  Produkowano ją początkowo w Chantilly, we Francji. Nazwę „brukselskiej” zyskała sobie z uwagi na pewną trudność produkcyjną. Otóż jedwabna przędza, z której sporządzano koronkę, często pękała ze względu na suche powietrze.

W Brukseli ktoś wpadł na pomysł, żeby sadzać robotnice do pracy w wilgotnych podziemiach. Szydełkowanie cienką igłą było uciążliwe nie tylko ze względu na wilgoć, ale także brak światła. Jedyny dozwolony promień słoneczny padał tylko na sam materiał. Skutek tego był taki, że kobieta, która trudziła się przy produkcji koronek brukselskich już w wieku 30 lat była całkowicie ślepa. Ale która z wytwornych dam się tym przejmowała? Ważny był efekt końcowy!

Należy wątpić, czy Daisy była świadoma faktów, o których piszę. A jednak zaledwie kilka lat później jakiś podświadomy impuls kazał jej pochylić się nad losem śląskich koronczarek, które – podobnie jak wcześniej ich koleżanki z Brukseli – wykorzystywane były przez pozbawionych skrupułów  pośredników handlowych…

Nie będę jednak zdradzał tych szczegółów, zapraszam do lektury książki „Daisy. Błękitna tożsamość”.

2 komentarze

    1. Ja także lubię takie “szczególiki”. Muszę przyznać, że po napisaniu tego tekstu zupełnie inaczej spojrzałem na XVII i XVIII-wieczne obrazy, na których często, zamiast klejnotów, widać koronkowe kołnierze i mankiety. Z racji swojej ceny mogły być przedmiotem pychy – jak to zauważyła Daisy. Jako ciekawostke należałoby również dodać, że koronki dziedziczyła matka po córce lub wnuczka po babci.
      Innego znaczenia nabrał dla mnie także zwrot “koronkowa robota”…

      ZBYSZEKN

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *