Na pchlim targu opowieści

Musze przyznać, że cały czas intryguje mnie forma krótkiej opowieści. Wprawdzie napisałem już książkę składającą się z opowiadań, jednakże wciąż czuję niedosyt. „Scenki z życia we dwoje” – bo o nich mówię – powstawały na przestrzeni kilku lat i reprezentują różne okresy z mojej twórczości.

We wrześniu przysiadłem się do nich na nowo i przeredagowałem każde opowiadanie. W efekcie powstała książka, z której odpadło wszystko, co zbędne, a został sam nerw. Niewykluczone, że dołożę do niej jeszcze dwie lub trzy nowe historie. Ale już teraz całość jest bardziej spójna – każde słowo nabiera wagi. W tej chwili opowiadania są dostępne w formie e-booka, lecz za jakiś czas pewnie pojawi się wersja papierowa.

Osobiście lubię czytać opowiadania. I czytam ich sporo. Krótka forma jest dla mnie swoistym laboratorium intensywności: język zostaje wystawiony na próbę, nie ma gdzie się schować. Zdania muszą pulsować życiem, inaczej tekst pada, czyta się jakby się nie czytał. Być może dlatego niektórzy twierdzą, że to forma bliższa poezji niż powieści – liczy się nie tyle fabuła, ile napięcie wywołane w tekście.

Pisząc opowiadanie, autor ma świadomość, że czytelnik nie ma czasu się rozkręcić, jak w przypadku powieści. Od razu wchodzi w klimat i emocje. Wszystko dzieje się szybko – jakby to był jeden dzień z życia albo zaledwie parę godzin. Pod tym względem opowiadanie przypomina mi trochę jarmark ludowy: barwne, intensywne przeżycie, po którym zostaje wrażenie czegoś niecodziennego.

Może właśnie dlatego dobrze napisane krótkie opowiadanie zostaje w głowie dłużej niż cała powieść.

Scenki z życia we dwoje: Pewnego razu zaprosił jedną do domu i odkrył przed nią swoją tajemnicę. Pokazał jej świątynię ku czci ukochanej gwiazdy. Dziewczyna nie zdążyła jeszcze dobrze wyjść z jego mieszkania, a już krążyły wieści, że z normalnością Karola nie do końca jest normalnie.

A wracając do Scenek z życia we dwoje… Te krótkie historie krążą wokół codziennych sytuacji – drobiazgów, które potrafią przesądzić o wszystkim. Z pozoru nic wielkiego, a jednak to tam, w prozaicznych momentach, rodzą się największe napięcia. Pisząc je, próbowałem uchwycić to, co umyka w pośpiechu – chwile, które w zwykłym życiu przemykają niezauważone, a dopiero w opowieści pokazują swoją wagę. Jeśli lubicie krótkie formy, w których słowo waży więcej niż fabuła, może znajdziecie w tych historiach coś swojego. A jeśli po przeczytaniu choć jednej z nich zostanie w Was echo – to będzie dla mnie najlepszy komplement.

Fade-in przy przewijaniu