Pogoda jest dzisiaj – jak by to powiedział Broniewski – pod zdechłym psem. Nastrój nie inny. Patrząc rano w okno, zastanawiałem się, czy wybrać się do baru, czy napisać tekst na Witrynę Autorską. Ponieważ we Wrocławiu nie ma baru „Pod zdechłym psem”, wybór padł z konieczności na to drugie. Ale o czym pisać, żeby było nastrojowo? Przypomniała mi się historia, na którą natknąłem się przypadkiem, zbierając materiały do książki pt. Daisy. Błękitna tożsamość.

A zatem opowiem o Johnie Lee. John był lokajem zatrudnionym przez bogatą damę, Emmę Ann Keyse, byłą dwórkę królowej Wiktorii. Miała ona 68 lat i mieszkała Babbacombe, na obrzeżach Torquay w Devon. Nocą, 15 listopada 1884 r. kucharza panny Keyse obudził zapach dymu. Zerwał się na równe nogi i wybiegł ze swego pokoiku. Nos go nie zawiódł, część budynku stała już w płomieniach.

W tym samym czasie lokaj John Lee pognał do pobliskiego pubu, aby wszcząć alarm. Jak potem zeznali świadkowie, wpadł  do sali wykrzykując, że „panna Keyse spaliła się”. Kto żyw ruszył na pomoc. Raport  w lokalnej gazecie Devon „ Express and Echo” z 17 listopada 1884 r. opisuje scenę, w której „Na podłodze leżało martwe ciało panny Keyse… Miała poderżnięte gardło od ucha do ucha, a prawą część głowy zmiażdżoną jakimś ciężkim narzędziem. Jej prawa noga i stopa oraz inne części ciała były już spalone”.

Pożar został ugaszony i natychmiast ruszyło śledztwo w sprawie morderstwa. John Lee stał się głównym podejrzanym i wkrótce został aresztowany pod zarzutem morderstwa. Pomimo, że narzędzie zbrodni nie zostało znalezione, nie było motywu ani krwi w jego pokoju, John Lee został oskarżony i wytoczono mu proces. Dowody przeciw niemu były czysto poszlakowe, ale, niestety, miał kryminalną przeszłość, dziwne skaleczenie na ramieniu i, co bardzo ważne, jego skarpetki pachniały parafiną. To wystarczyło sędziemu, by skazać go na śmierć przez powieszenie. Prosto z sądu został przewieziony do celi skazanych w więzieniu w Exeter. A gazeta The  Bath Chronicle i Weekly Gazette z  12 lutego 1885 donosiła o zbliżającej się egzekucji: „John Lee – skazany za zamordowanie panny Keyse w Babbacombe – zostanie stracony w Exeter 23 bieżącego miesiąca”.

I rzeczywiście, 23 lutego 1885 roku o 7:58 publiczny kat, pan Berry, przygotował skazańca do czekającej go kaźni. Unieruchomił mu ramiona, założył na głowę biały kaptur i zaprowadził go na zbudowane dla niego rusztowanie szubieniczne, gdzie czekał kapelan więzienny z ostatnim sakramentem. Lee stanął na klapie, a kat założył mu pętlę na szyję. Na pytanie duchownego „Czy masz coś do powiedzenia?” Lee odpowiedział: „Nie.”

Szeryf Exeter dał znak. Kat pociągnął za rygiel, który powinien był uwolnić klapę tak, by skazaniec poleciał w dół i poniósł śmierć – ale klapa nie otworzyła się. Kat znowu pociągnął za dźwignię, a strażnicy po obu stronach zaczęli tłuc butami w zapadnię, lecz ta nie chciała się otworzyć. Lee został z powrotem zaprowadzony do swojej celi, a szeryf i kat wypróbowali szubienicę bez skazańca. Wszystko działało jak należy. Wtedy po raz drugi przyprowadzono Johna Lee. Kapelan stanął na swoim miejscu, kat założył skazanemu pętle na szyję i pociągnął za dźwignię. Ale klapy zapadni ponownie odmówiły posłuszeństwa.

Kat zdjął pętle z szyi Johna Lee i kazał mu stanąć z boku i sam wypróbował działanie zapadni bez skazańca. Wszystko działało jak należy. Ale gdy Lee został ponownie umieszczony na zapadni, klapa nie chciała się otworzyć. Świadkowie egzekucji byli zszokowani. Niektórzy zaczęli się zastanawiać, czy Lee rzeczywiście jest mordercą. A może jest niewinny i niewidzialna ręka sprawiedliwości nie chce dopuścić do aktu bezprawia w imię prawa. Jakkolwiek było, Lee został zaprowadzony z powrotem do celi.

Kat i szeryf jeszcze raz sprawdzili działanie mechanizmu. Za każdym razem, gdy ciągnęli za rygiel, a nie było na nim skazanego, klapa otwierała się idealnie. To było wprost niewiarygodne. Kat po prostu nie dowierzał. Zrobił próbę na samym sobie. Nie włożył oczywiście głowy w pętle, ale stanął na klapie i chwycił się ręką liny. Strażnik uwolnił zapadnie, drzwi się otworzyły i kat opadł wieszając się na pętli. Lee znowu wrócił na szafot. Zaprowadzono go na zapadnię. Pętla owinęła mu szyję. Kapelan stanął na swoim miejscu, szeryf na swoim. Zapadnia została uruchomiona, a klapa ani drgnęła.

Któryś ze strażników zasugerował, że to może z powodu niedawnych deszczów. Drewno nasiąknęło wodą i klapa się zacina. Przyprowadzono więc cieślę więziennego, żeby zestrugał krawędzie dwóch połówek zapadni, aby działały, jak należy. Szeryf nakazał katowi jeszcze raz sprawdzić, czy wszystko działa. Działało bez zarzutu! Za każdym razem zapadnia się otwierała. Zrobiono trzy próby z rzędu i każda była udana. Lee ponownie wrócił na szubienice, ponownie kapelan zajął swoje miejsce, szeryf swoje, a kat założył skazanemu pętlę na szyję. Ale gdy rygiel zapadni został szarpnięty, klapa się nie otworzyła!

– Wystarczy! – wrzasnął przerażony szeryf na strażników – Zabierać go!

John Lee wrócił z powrotem do swojej celi. Szeryf napisał do sekretarza spraw wewnętrznych w Londynie. Zdezorientowany minister, Sir William Harcourt, zarządził odroczenie egzekucji. Izba Gmin debatowała nad niesłychanym zdarzeniem. Niektórzy krzyczeli, że to bzdury, przesądy, po prostu trzeba go powiesić. Ale nikt nie próbował ponownie założyć mu pętlę na szyję. Wyrok śmierci został zamieniony na dożywocie. John Lee uznał, że Bóg nad nim czuwał. Dwadzieścia dwa lata później, w grudniu 1907 zwolniono go warunkowo z więzienia. Data jego śmierci nie jest dokładnie znana, ale wiadomo, że dożył starości. Znacznie ciekawsze jest to, co musiał czuć człowiek, który kilka razy przeżywał wieszanie go na szubienicy. I jak to możliwe, że dalej był normalny…

Pewnie zastanawiasz się, jak to się stało, że ten człowiek nie został powieszony, prawda?

OD AUTORA:

 

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.