Trzeba przyznać, że Gordon Wood był mężczyzną, za sprawą którego sporo wydarzyło się w życiu Daisy. Dzisiaj już pewnie nikt by o nim nie wiedział, gdyby nie jej pamiętniki. Czytając wspomnienia księżnej, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że nie chce ona zbyt wiele ujawniać z tego, co ich łączyło. I nie można się temu dziwić. Dlaczego? Wydaje mi się, że w sedno odpowiedzi na to pytanie trafiają słowa z drugiego tomu książki „Daisy. Błękitna tożsamość”:  „Pisanie pamiętnika wiązało się z ryzykiem – przyznawała przed samą sobą księżna – przypominało uchylanie furtki. W każdej chwili ktoś mógł ją otworzyć i zajrzeć w moją duszę”.

A im więcej człowiek ma do ukrycia, tym pilniej to strzeże. Prócz suchych faktów niewiele zatem wiemy o ich romansie. Gdyby jednak te fakty mogły przemówić, gdybyśmy mogli usłyszeć, co między nimi naprawdę się wydarzyło, przypuszczam, że ten i ów z czytelników dostałby wypieków na twarzy. I temu właśnie służy moja powieść: ma opowiedzieć, jak mogło to wyglądać. Szczegóły znają tylko ci, którzy to przeżyli, a oni już odeszli i nigdy nikomu o tym nie powiedzą. Ale okoliczność, że Daisy wiele lat po ich rozstaniu pisała o Gordonie Woodzie „kochany Gordy”, wskazuje niedwuznacznie, iż ten romans nie był przelotną, bezbarwną miłostką.

A w ogóle to wydaje mi się, że mimo skłonności do flirtowania, Daisy była kobietą, którą mężczyźnie niełatwo było w sobie rozkochać. Ale jeśli już kogoś obdarzyła uczuciem, było ono bardzo silne. Tak się stało w przypadku Gordona Wooda, w sumie jednego z trzech mężczyzn, którzy na przestrzeni całego jej życia, wkradli się w łaski jej serca. Ciekawy więc jestem, jak się Państwu spodoba moja narracja opisująca ten romans.

Pozwoliłem sobie tu zamieścić fragment z pierwszego tomu książki, który przypomina okoliczności, które uprzedziły pierwsze spotkanie Daisy z Gordonem Woodem. Były one bardzo interesujące. Jak to się dalej potoczyło, dowiecie się Państwo z lektury książki „Daisy. Błękitna tożsamość”. Dodam tylko, że wybrany przeze mnie fragment czyta Dariusz Bereski.

2 komentarze

  1. Och! Jakże ja lubię takie dopowiedzenia! Bo u mnie nic nigdy nie kończy się tuż ,,po opuszczeniu kurtyny” lecz pracuje we mnie jeszcze bardzo, bardzo długo. I jestem zawsze bardzo szczęśliwa, gdy mogę, zwłaszcza z kimś, tworzyć w myślach ciąg dalszy zakończonych już historii przedstawionych w filmie lub w przeczytanej książce.
    A tu, autor wychodzi naprzeciw tym tęsknotom i pozwala zwizualizować sobie to, co mogło się wydarzyć między tymi dwojga, w myślach i w sercu, za zamkniętymi drzwiami historii…
    Przyznam, że z niecierpliwością czekam na kolejne części, które pozwolą mi poznać kolejnych wybranków jej serca i to, co działo się w ich zakochanych sercach..

    Czytelniczka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.