Historia, jaką chciałbym opisać należy do kategorii tych, o których mówi się, że „trudno w nie uwierzyć”. A jednak wydarzyła sie w rzeczywistości, prasa zaś szeroko rozpisywała się na temat jej szczegółów. Były to czasy, w których centralne ogrzewanie nie należało jeszcze do standardowego wyposażenia mieszkań. Celowo podkreślam tę okoliczność, gdyż pośrednio stała się ona przyczyną nieprzyjemnego incydentu między dwoma mężczyznami i kobietą – żoną jednego z nich.

Ale może najpierw słów kilka o wspomnianym już małżeństwie…

Ona mieszkała na poddaszu, on zajmował trzy pokoje na pierwszym piętrze. Pewnego dnia spotkali się na klatce schodowej i tak przypadli sobie do gustu, że przyszło im na myśl, aby przypaść sobie jeszcze do czegoś więcej. Raz, drugi i trzeci spotkali się w ramach spotkań, które określa się mianem chodzenia. A wspólne chodzenie, jak wiadomo, zwykle kończy się wspólnym leżeniem. W ramach tej czynności raz kładli się u niego, a raz u niej. Po kilku miesiącach doszli jednak do wniosku, że to bez sensu, i wtedy postanowili się pobrać.

Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie okoliczność, że po weselu on poszedł do swego mieszkania, ona do swego. Tu nasuwało się pytanie: dlaczego nie mieszkali pod wspólnym dachem, mimo że się pobrali? Przyświecał im piękny ideał. Chcieli zapobiec temu, by proza życia obróciła w niwecz poezję ich miłości. Dlatego Olek i jego żona, Ida, mieszkali osobno, mimo że byli razem. Na tym polegała oryginalność ich związku. Poza tym wszystko układało się jak najlepiej i w powszechnym mniemaniu uchodzili za dobre małżeństwo.

Ale nie darmo powiadają, że diabeł nie śpi…

Pewnego razu przyjaciele Olka, mieszkający na drugim końcu miasta, zaprosili ich na kolację. Ida niezbyt dobrze się czuła, więc on postanowił iść sam. Tego wieczora pogoda była pod psem, jak to się nieraz zdarza pod koniec listopada. Dmuchały zimne jesienne wiatry i padał deszcz ze śniegiem. Ta ostatnia okoliczność stała się przyczyną niezbyt miłej przygody, jaka przytrafiła się Olkowi w drodze do przyjaciół. Niewiele ponad pół godziny później, cały upaćkany błotem, zapukał do drzwi mieszkania żony.

– Poślizgnąłem się i upadłem w kałużę – mówił, klnąc na czym świat stoi. – Nie mogę iść do nich taki brudny.

Ida przekonywała męża, by przebrał się i mimo wszystko złożył obiecaną wizytę. Tłumaczyła, że się obrażą i podawała cały szereg innych powodów, dla których powinien ich odwiedzić. Lecz Olek nie chciał już o tym słyszeć.

– Zostanę na noc u ciebie, u mnie jest zimno, wygasło w piecach.

Jak powiedział, tak uczynił. Umył się, przebrał w piżamę, usiadł w fotelu i zatopił się w lekturze książki. I wtedy stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewał. Drzwi bocznej komórki otworzyły się nagle i pojawił się w nich nagi mężczyzna, kolega Olka.

Szczękając zębami, oświadczył:

–  Mam dość! Zamarznę do rana!

Wściekły Olek zerwał się z fotela i obrzucił kochanka żony stekiem wyzwisk. Scena wyglądała naprawdę  groźnie. Ida ze strachu skuliła się na łóżku. O mało nie doszło do rękoczynów. Na szczęście Olek w porę opanował emocje. Szerokim gestem wskazał jednak na drzwi i wrzasnął:

– Wynoś się! Jutro ze sobą pogadamy!

Ale deszcz tarabanił w szyby, wiatr wył jak opętany, a kolega Olka dygotał z zimna. Mężowi Idy żal zrobiło się kolegi jako człowieka.

– Właściwie w taką pogodę nie mogę cię wyrzucić z domu – powiedział. – Jeszcze się na dobre rozchorujesz.

Rzucił mu koc i kazał usiąść w fotelu obok kominka. Sam zgasił światło  i położył się obok żony. Ale kolega tak szczękał zębami, że nie można było zasnąć. Wyziębił ciało i mogło się to źle skończyć. Olek nie miał wyjścia, musiał zaproponować:

– Wskakuj do łóżka, jutro o tym pogadamy.

Kochankowi żony nie trzeba było dwa razy powtarzać, jednym susem wślizgnął się pod ciepłą pierzynę obok Olka i Idy. W kilkanaście minut później cała trójka spała już snem niewiniątek.

Rano Olek obudził swojego kolegę i powiedział mu tak: PRZYPADKI MAŁŻEŃSKIE

– Nie będziemy się kłócić o kobietę, nawet jeśli jest moją żoną. To byłoby głupie.

Następnie chwycił go za rękę, położył ją na tej części ciała swojej małżonki, która stała się przyczyną nieporozumienia i dokończył tymi słowy:

– Pogódźmy się jak dawni Rzymianie, na placu publicznym!

 

Jak wspominałem, historia ta wydarzyła się w rzeczywistości, i to jednemu z najbardziej znanych artystów na świecie. Głównym bohaterem tego wydarzenia był Aleksander Dumas, autor “Trzech muszkieterów”.

W książce Przypadki małżeńskie opisane są jeszcze bardziej zwariowane zdarzenia z do kategorii „z życia wziętych”. Jedno z nich nosi tytuł “In flagranti” Opowiedział mi je Staszek Przewłocki i to jemu jest zadedykowane. Pierwszy sposób, żeby zdobyć tę książkę już za nami. Drugi jednak wciąż jest aktualny. Kliknij TUTAJ.

 

 

 

2 komentarze

  1. Nie znałam tej historii, ale podsunęła mi pewną myśl. Balzac opisał podobną schadzkę w Kobiecie trzydziestoletniej, jednak tam kochanek zmarł na zapalenie płuc. Znali się z Dumasem, więc może jego też zainspirowała 🙂

    Iza
    1. Bardzo ciekawy szczegół i wydaje sie to prawdopodobne. Można sobie wyobrazić, jak opróżniają wspólnie gąsiorek – gdyż obaj nie stronili od tego naczynia – i opowiadają sobie pikantne historie. A im więcej radości płynie im w żyłach, tym bardziej groteskowe stają się ich opowieści. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby wymyślili tę historię przy winie i każdy przypisał ją sobie 😉 To byłoby bardzo literackie…

      ZBYSZEKN

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.