Edward był z natury ciepłym, uśmiechniętym mężczyzną. Gdyby nie to, że nosił koronę, a jego czasy nazywano „erą starego dobrego Bertiego”, właściwie niczym nie różniłby się od przeciętnego angielskiego dżentelmena. Brytyjczycy kochali go za wszystkie wady, o które zwykle obwinia się Anglików. Nie był wcale miłośnikiem słodkiego szampana i wytrawnych kobiet – jak to niektórzy mu przypisywali – ale odwrotnie: słodkich kobiet i wytrawnego szampana. Księżna Warwick napisała o nim: „Bardzo lubił żarty i tylko mężczyzna lub kobieta, którzy potrafili go zabawić i zainteresować, mogli być pewni miłego przyjęcia”. Sam – jak się zaraz przekonamy – również odznaczał się sporym poczuciem humoru,.

Przyjęcia i bale należały do ulubionych imprez Edwarda, i nic dziwnego – byli tam interesujący go ludzie. Stawał wówczas gdzieś w pobliżu wejścia na salę balową w asyście gospodarza lub gospodyni i, przypatrując się kolejno wchodzącym osobom, wypytywał: „Kto to jest? A co on robi?”. Czasem mawiał: „Gdzieś już widziałem tę panią”. I wtedy wiadomo było, że ma ochotę osobiście przepytać damę, gdzie ich trajektorie mogły się przeciąć lub – jeśli wzbudziła jego zainteresowanie – kiedy mogłyby to zrobić.

Razu pewnego, podróżując incognito przez Szkocję, zatrzymał się w małym hoteliku na wschodzie kraju. Akurat się golił, gdy drzwi otworzył służący z miską gorącej wody.

– Pańska twarz wydaje mi się znajoma – zagaił do Edwarda. – Czy pan czasem nie pozostaje na służbie u króla?

Edward z brzytwą w ręku odwrócił się w stronę posługacza i odparł:

– Zgadza się. Właśnie golę jego królewską mość.

Często był krytykowany przez arystokratycznych faryzeuszy za dobór towarzystwa. Lubił osoby ciekawe i zajmujące, bo świetnie się z nimi bawił. Grono jego ścisłych znajomych nazywano „klanem Marlborough House”. Książę po prostu nie cierpiał nudy i unikał jej jak mógł. Uważał nudę za dopust Boży. Jego przyjaciel, wspominany nieraz przez Daisy, Portugalczyk Soveral, objeżdżał wszystkie kluby londyńskie, by zbierać i powtarzać Edwardowi najnowsze anegdoty i plotki. Ale najlepszą metodą na nudę było dlań towarzystwo żywych i wesołych pań. Edward nader często korzystał z tego fascynującego rozwiązania!

Od mężczyzn wymagał, żeby – skoro już nie są tacy atrakcyjni jak kobiety – posiadali przynajmniej dar konwersacji. A jeśli nawet i na to lenistwo im nie dozwoliło, to chociaż, żeby dobrze grali w karty. Takim mężczyzną był właśnie brat Daisy, George. Pewnego razu zagrał z Edwardem w brydża i wygrał z nim 30 funtów. „Jego Wysokość wyciągnął z kieszeni gruby zwitek banknotów i uregulował przegraną – napisał w swoich wspomnieniach brat Daisy. – Zawsze byłem pewien, że królowie nigdy nie noszą przy sobie pieniędzy, co pokazuje, jak bardzo można się mylić”.

Edward chętnie zażywał także innych rozrywek. W powieści „Daisy. Błękitna tożsamość”, wspomniano o jego zamiłowaniu do wyścigów konnych. Nie stronił także od teatrzyków francuskich, zwłaszcza w Paryżu, dobijając się do drzwi garderoby niejednej popularnej podówczas gwiazdeczki. Szczególnie upatrzył sobie teatr „Rozmaitości” – śmiem przypuszczać, że ze względu na ponadprzeciętną liczbę damskich rozmaitości. Ale nie stronił także od klubów, w których uprawiano hazard oraz od kasyn.

Tu powinienem chyba nadmienić, że na stronie Wydawnictwa Kaliny ukaże się niebawem pozycja pt. „Sekrety krupiera z Monte Carlo”. Na kartach tej książki znajdzie się zdumiewająco wiele postaci znanych z pamiętników Daisy. Jeden z podtytułów nosi nazwę „Jak król Edward VII chciał rozbić bank w Monte Carlo”. W historii kasyna raz jeden tylko przydarzył się taki wypadek. Wyczynu tego dokonał Anglik , Jaggers. Bertie niezmiernie interesował się ruletką i koniecznie chciał powtórzyć sukces swego rodaka. Na Riwierze buchnęła wieść, że król znalazł system, dzięki któremu można rozbić bank. Ale oczywiście nie zdradzę zakończenia tego epizodu, bo nie jestem zdrajcą!

Niektórych może zastanawia, dlaczego o tym wszystkim piszę? Mógłbym odpowiedzieć: dlatego, że postać Edwarda bardzo często pojawia się w życiu Daisy. I to byłby wystarczający powód. Ale zaintrygowało mnie coś jeszcze – zadziwiające podobieństwo w usposobieniu obu tych postaci. Oboje uwielbiali się śmiać, byli niesłychanie towarzyscy i nie znosili sztywnej celebry – żeby wymienić tylko niektóre paralele. Był to również powód, dla którego tak bardzo lubili siebie nawzajem i doskonale bawili się w swoim towarzystwie.

A końcowa konkluzja jest taka: nie tylko Edward, ale i Daisy była przede wszystkim uśmiechniętą koneserką życia, a nie wcale taką postacią, na jaką usiłuje się ją teraz wykreować. Gdyby ktoś z nas miał możliwość poznać ją osobiście, opowiadałby innym o bardzo wesołej księżnej, która umiała się cieszyć życiem!

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.