– Tenis nie jest ani nowy, ani angielski – zauważa Shelagh. – Major Wingfield zaadaptował tylko starą francuską grę do nowych reguł.

– Ale jest w dobrym tonie – żartobliwie podchwytuje Daisy – dlatego muszę nabrać wprawy.

– No tak – przyznaje Shelagh, gdy zatrzymują się przed trawiastym kortem. – To jest gra błędów. Kto popełni ich mniej, ten wygrywa.

– Cóż, to zupełnie jak w życiu – odpowiada jej siostra.

Zacytowany powyżej fragment rozmowy pochodzi z II tomu książki Daisy. Błękitna tożsamość. Rozmowa ma miejsce w 1896 roku, po powrocie Daisy z Indii. Starałem się zamieścić w tej części tekstu ciekawe szczegóły związane ze stosunkowo wówczas nową grą, jaką był „lawn-tennis” – tenis na trawie. Korzystałem wówczas miedzy innymi z wydanej dokładnie w tym samym roku w języku polskim książki pt. „Lawn-tennis i jego zasady”(1896). Początkowo miałem zamiar użyć większej ilości szczegółów, ale świadomość, że czytelnika interesują głównie losy Daisy, kazała mi zachować ostrożność. Pomyślałem sobie, że wrócę może kiedyś do tego tematu na Witrynie Autorskiej. I oto nadarzyła się okazja, żeby przybliżyć nieco grę, która w Anglii , a potem na całym świecie zrobiła oszałamiającą karierę.

Na początku centrum sportowe Wimbledon było miejscem do gry w krokieta. W 1876 roku, gdy Daisy miała zaledwie 3 lata i z pewnością nie myślała jeszcze o grze w tenisa, All England Croquet Club udostępnił miłośnikom tenisa jedno z trawiastych boisk Wimbledonu. Rok później zorganizowano tam zawody o mistrzostwo Anglii. Tenis zyskiwał coraz więcej zwolenników, a krokiet tracił. Dlatego klub zreorganizowano i ta druga gra poszła „w odstawkę”. Tenis natomiast stał się jedną z najpopularniejszych gier w historii, Wimbledon zaś jego symbolem.

Jak powiedziała Shelagh „tenis nie był ani nowy, ani angielski”. We Francji już przed kilkuset laty istniała gra podobna, zwana „jeu de la paume.“ Polegała ona na ręcznym przerzucaniu piłki przez wał ziemny, sznurek, lub siatkę. W jakiś czas potem rękę zastąpiono drewnianą ramką z naciągniętymi na niej strunami, zwaną „raquette“ (stąd angielska rakieta). Z przyczyn bliżej nieokreślonych, ilość wygranych punktów, czyli biegów, oznaczano zawsze przez piętnastki.

Początkowo grę tę uprawiano na powietrzu, z czasem zaczęto grywać w obrębie murów, przy czym te ostatnie pokrywano zazwyczaj czarną farbą, co umożliwiało dokładniejsze śledzenie lotu białej piłki. Gra w nowych warunkach otrzymała nazwę: „la courte paume.“ W wiekach średnich istniały budynki do gry w Tybindze i Stuttgarcie. W tym ostatnim, jak głosi pewna stara kronika, niejaki von Weissenstein, przegrawszy partię piłki, wyśmiany przez damę swego serca, przebił w napadzie gniewu szczęśliwego przeciwnika. Miało to miejsce w 1539 roku. W Augsburgu wzniesiono w roku 1546 specjalny budynek do gry w piłkę ku rozrywce biskupa Arrasa, ,,aby tenże mógł, grając, rozweselić się i odegnać melancholię”. Potem ta gra poszła w zapomnienie.

Dopiero w 1874 roku – jak zauważyła Shelagh – major Wingfield zaadaptował tę starą francuską grę do nowych reguł. W Anglii znalazła się grupa chętnych, którzy bliżej zainteresowali się tym sportem. Ustalono nowe reguły, zmieniono kształt kortu, który początkowo był owalny, obniżono wysokość siatki do 91, 5 centymetra i tenis zdobywał rzesze nowych sympatyków w Anglii i na kontynencie. Gdy Daisy grała z siostrą w tenisa, sport ten miał zaledwie 20 lat. Ale już na początku XX wieku Hochbergowie zbudowali w Szczawnie Zdroju pięć dużych kortów trawiastych i 3 treningowe. Chętnych nie brakowało. Jak często grywali na nim arystokraci? Tego nie wiadomo, ale gra należała do tak zwanych gier w dobrym tonie. Trzeba przyznać, że do dziś tenis ma w sobie coś z arystokratycznego wdzięku.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.