Gdy książka zaczyna czytać ciebie

Wczoraj przeglądałem fragmenty „Cichego Donu” Szołochowa (jeśli to rzeczywiście jego dzieło). Moją uwagę zatrzymał krótki obraz głębokiego kobiecego uczucia:

„Aksinia ujrzała na piasku ślad pozostawiony przez ostry czubek buta Griszki. Obejrzała się ukradkiem — nie było nikogo (…). Przykucnęła, przykryła ślad dłonią. Potem zarzuciła na ramiona nosidła i z uśmiechem, nie oskarżając się zanadto o dziecinnie naiwny poryw, pośpieszyła do domu”.

Od razu przypomniałem sobie pewien szczegół z mojej książki „Daisy. Błękitna tożsamość”: wspomnienie, w którym królowa Wiktoria całuje klawiaturę organów, na której niegdyś grał jej ukochany maż, Albert.

Gdy parę lat temu czytałem „Cichy Don”, przeoczyłem ten fragment, a teraz od razu we mnie zabrzmiał. Przy pierwszym spotkaniu z książką człowiek zwykle goni za fabułą — dopiero kolejne podejście odsłania półtony. To jak w muzyce — subtelne dźwięki słychać dopiero wtedy, gdy osłuchasz się melodią.

Ale jest w tym coś więcej. Pisanie sprawia, że cudze drobne gesty zaczynają rezonować inaczej — bo zna się ich wagę z własnej pracy. Wie się, jak wiele może unieść jedno małe zdarzenie, jak potrafi złamać lub oświetlić fragment opowieści.

Dochodzi do tego jeszcze doświadczenie osobiste. Gdy człowiek przejdzie przez własne straty, tęsknoty czy nagłe błyski bliskości, łatwiej wychwytuje podobne nuty w literaturze. „O, to jest prawda” — myśli, i od razu zostaje trafiony. W takich momentach to już nie my czytamy książki, lecz one zaczynają czytać nas.

Fade-in przy przewijaniu