Edgar Degas uchodził za jednego z najwybitniejszych artystów końca XIX wieku. Był niedoścignionym mistrzem kreski. Jego obrazy kobiet w ruchu, zwłaszcza tancerek, budzą zachwyt do dziś. Tym niemniej ilekroć wspominam tego malarza, tylekroć przychodzi mi na myśl, co sądził na temat zawodu artysty. Kiedyś znalazłem literacką wersję jego rozmowy z młodymi adeptami sztuki malarstwa i zapisałem to sobie w notatkach. Dziś nie umiem powiedzieć, z jakiej pochodziło to książki, ale treść tej rozmowy jest wyjątkowo przejmująca. Zostawię ją bez komentarza. Niech każdy wyciągnie własne wnioski…

 

– Czy nie rozumiecie, moi panowie, że nie macie żadnych szans? Jakąż nagrodę może wam dać sztuka? Sławę? W całej historii sztuki figuruje najwyżej sześćdziesiąt wielkich nazwisk. Skoro nasze stulecie wydało już takich artystów, jak Gericault, Daumier, Manet, Ingres i Delacroix, wasze szanse na zdobycie nieśmiertelności równają się zeru. Pieniądze?

Sztuka jest najokrutniejszym…

– Proszę cię, nie mów tak, Edgarze – wtrącił Pissarro. – Zniechęcasz tę młodzież.

– Szczerze tego pragnę! Byliby mi wdzięczni do końca życia.

Zwrócił się znowu do studentów.

– Sztuka jest najokrutniejszym z zawodów. Jest może pięćdziesięciu artystów, którzy zarabiają tyle co przeciętny weterynarz. Reszta – tu wycelował w słuchaczy zgrubiały palec – reszta zdycha z głodu. Oni także byli kiedyś obiecującymi artystami. Każdy malarz pokojowy w Paryżu był kiedyś obiecującym artystą…

Zapalał się w miarę jak mówił, kiedy nagle przerwała mu Agostina.

– Signor (pan) Degas – zaczęła z najczarowniejszym ze swego arsenału uśmiechem.

– Czego chcesz? – odburknął przez ramię.

– Czy interesowałaby pana nowa modelka? Moja kuzynka przyjechała wprost z Palermo.

Piękna ragazza! (dziewczyna.)

– Ładna czy nieładna, wszystko mi jedno. Czy to protestantka?

– Protestantka! – wykrzyknęła Agostina oszołomiona. – Madonna mia (Najświętsza Panienka), nie ma protestantów w Palermo.

– No i jeszcze jedno. Jaką pupę ma twoja kuzynka? W kształcie gruszki czy w kształcie jabłka?

Edgar Degas, Autoportret

– Pupę? – Agostinie aż dech zaparło, tak była zaskoczona. – Moja kuzynka ma ładną pupcię, tak jak wszyscy.

– To się grubo mylisz. Pupa to rzecz bardzo indywidualna. Jeśli twoja kuzynka ma pupcię w kształcie jabłka, nie chcę jej widzieć na oczy, ale jeżeli w kształcie gruszki, przyślij mi ją jutro do pracowni. A teraz uciekaj. Chcę pomówić z tymi panami. – Odwrócił się znów do swego towarzystwa. – Wy także będziecie zdychać z głodu.

Zaśmiał się sarkastycznie, z goryczą.

– Będziecie zdzierać bruki w podartych butach, w zimie marznąć w pracowni, drżeć na widok gospodarza, a przecież mogliście być urzędnikami bankowymi, policjantami albo konduktorami omnibusów, ludźmi godnymi szacunku, żyć spokojnie i szczęśliwie.

– Proszę cię, Edgarze – jęczał Pissarro. – Odbierasz im całą nadzieję, całą ufność w życie.

– Nie ma obawy – odciął się Degas z pogardą. – Spójrz na te rozpromienione twarze, ten beztroski zachwyt nad sobą. Każdemu z nich wydaje się, że jest Michałem Aniołem. Mnie się nie uda ich zniechęcić, ale życie mnie w tym wyręczy.

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.